Na wstępnie zaznaczam że będzie to wpis subiektywny. Całe
blogowanie jest subiektywne w opór, ale ten wpis będzie UBER subiektywny,
ponieważ będzie o czymś, za czym nie przepadam - a mianowicie o siłowni i tzw
"bodybuildngu". Na różnych siłowniach spędziłem łącznie jakieś 2 lata
- nie za dużo, ale wystarczająco, by mieć podstawy do wyrobienia sobie opinii
na temat całego siłownianego zjawiska.
Po co faceci chodzą na siłownię? Dokładnie po to samo, po co
kobiety na fitness - żeby wyglądać dobrze. W rozumieniu faceta
"dobrze" to szeroka klata, byczy kark i możliwie wielki biceps. Takie
"dobrze" ma spełniać dwa zadania: być atrakcyjne dla samic (mniejsza
o to, czy jest - w mniemaniu facetów jest, ale to inna bajka) oraz
przekazać innym facetom, bardzo istotną
treść "nie podskakuj niuniek, bo w ryj dać mogę dać".
Takie są z grubsza powody pójścia na siłkę i walenia na bica.
Takie są z grubsza powody pójścia na siłkę i walenia na bica.
Z pobudek tych nie ma co szydzić, bo wszyscy jesteśmy
zwierzakami i jaką byśmy się literaturą
nie zasłaniali, w życiu chodzi o sprawy banalne - być atrakcyjnym, mieć fajnego partnera/kę i w
razie potrzeby móc oponentowi dać w pysk.
Rzeczy oczywiste, acz podstawowe.
Rzeczy oczywiste, acz podstawowe.
Łatwo jest pójść na łatwiznę i szydzić z odwodnionych,
nasterydowanych , wysmarowanych samoopalaczem koksowników, którzy prężą muskuły
na sali a w szatni wcierają kilogramy
maści w obolałe stawy. Mi to nie przeszkadza - chcą się niszczyć - ich sprawa.
W pewnym sensie nawet ich podziwiam, bo aby doprowadzić się do takiej ruiny
trzeba mieć furę czasu i nieliche samozaparcie.
Ale nie w tym rzecz.
Ale nie w tym rzecz.
Tym, co nie podoba mi się w (nazwijmy to ładnie)
bodybuildingu to jego niepraktyczność.
Jaka niepraktyczność - ktoś zapyta - przecież na siłowni buduje się siłę - a ta jest bardzo praktyczna!
Otóż nie.
Na siłowni nie buduje się siły.
Już tłumaczę, dlaczego
Jaka niepraktyczność - ktoś zapyta - przecież na siłowni buduje się siłę - a ta jest bardzo praktyczna!
Otóż nie.
Na siłowni nie buduje się siły.
Już tłumaczę, dlaczego
Każdy z nas widział stukilowego byczka, który na ławce
ciśnie dwie stówy na klatę. Człowiekowi wydaje się, że to musi być paker nad
pakery - ale wystarczy poprosić takiego, by się podciągnął piętnaście razy; ba,
nawet dziesięć - i okazuje się, że ten nasz sztangowy koń, to nie ogier tylko
zwykły "one trick pony". Owszem, gdyby przyszło dać w dziób, pewnie
zabiłby jednym strzałem, ale z praktycznego punktu widzenia, mierząc siłę
obiektywnie, taki byczek jest zwyczajnie słaby - bo nie jest w stanie podnieść
swojego własnego ciężaru i gdyby
przyszło się mu uciekać przed rottweilerem,
wobec którego WSZYSCY jesteśmy słabi, to ani by on nie podbiegł do
murku, ani się na nim nie podciągnął, ani na niego nie wskoczył - skończyłby jako smakowity stukilowy rosbeff a
psina miałaby taaaaakie wielgachne zatwardzenie.
Dlaczego sobie kpię ciśnięcia na klatę? Bo w moim
przekonaniu jest to niepraktyczne i oszukane.
Oszukane, ponieważ na klatę ciśnie się leżąc na ławeczce, gdy większa część
ciała jest stabilizowana. Można mieć nogi jak zapałki, zanik mięśni brzucha - a
swoje i tak się wyciśnie. Jest to
zresztą bardzo częsty widok na siłowni - klata jak miech, bicepsy jak wielkanocna
szynka a nóżki takie, że człowiek się zastanawia, kiedy się toto przewróci pod
własnym ciężarem.
Niepraktyczne - ponieważ w życiu rzadko kiedy wyciskamy coś leżąc na plecach. Prawdę mówiąc nie przychodzi mi do głowy życiowa sytuacja, w której wykonywałbym ruchy takie, jak przy wyciskaniu sztangi leżąc.
Sztuczny twór - ot co.
Niepraktyczne - ponieważ w życiu rzadko kiedy wyciskamy coś leżąc na plecach. Prawdę mówiąc nie przychodzi mi do głowy życiowa sytuacja, w której wykonywałbym ruchy takie, jak przy wyciskaniu sztangi leżąc.
Sztuczny twór - ot co.
Prawdziwym miernikiem siły jest wg mnie trójbój siłowy,
czyli klasyczna trójka rwanie-przysiad - podniesienie sztangi nad głowę. Zestaw
ten, w odróżnieniu od różnych wyciskań i zabaw z maszynami, jest bezlitosnym
sprawdzianem całego ciała - testuje kręgosłup, brzuch, nogi, ramiona, klatkę -
dosłownie cały organizm. W trójboju niemożliwe jest posiadanie nierównomiernie
rozwiniętych mięśni. Słabe nogi nie utrzymają ciężaru, słaby brzuch nie pozwoli
poderwać sztangi, słabe ręce nie uniosą jej nad głowę. Istotne jest też to, że
dzieje się to bez żadnej asekuracji - tak jak w życiu codziennym. Są nogi, jest
błędnik, jest poczucie równowagi. Gdy cokolwiek z tego szwankuje - zawodnik pada
a sztanga na niego...
Siłownia to maszyny. Maszyna na to, maszyna na tamto. Ruchy
izolowane, by jak najszybciej rozwinąć dany mięsień. A co ze ścięgnami? Co z
łączeniami tych mięśni. Nie ma nic. Stąd powszechny w siłownianych szatniach
zapach maści ben gay, wpieprzanie środków przeciwbólowych, rwanie w stawach.
Rozwijane w sposób izolowany mięśnie rozwijają się dużo szybciej niż stawy, a
ponieważ ŻADEN ruch nie odbywa się bez użycia stawów, prędzej czy później
zaczynają się problemy - bo co z tego, że bierzesz stówkę na klatę, kiedy
biedne łokcie ledwie nadążają za 60tką?
W życiu żaden ruch nie angażuje mięśni w sposób izolowany.
Organizm działa całościowo i nawet, gdy nie czujemy, że coś pracuje to w środku
nas pracuje cała fura różnych mięśni. Pamiętam, jak wielkie było moje
zdziwienie, gdy na pierwszych treningach crossfitu nie byłem w stanie podnieść
stóp do drążka w zwisie. Ale jak to?! Stówę brzuszków robię bez problemu a tu
nagle taka porażka! Odpowiedź jest banalna - przy brzuszkach pracuje tylko
brzuch, a przy wznosach oprócz brzucha pracują ręce, które trzymają wszystko na
drążku, mięśnie pleców, miednicy - wszystko na raz... Nagle się okazało, że
pomimo trzaskania brzuszków jak wściekły jestem zwyczajnie słaby. Że gówno mi ta
siłownia dała i w zasadzie zaczynam od zera.
Na siłowni są maszyny na wszystko - na łydki, na uda, na
przedramię, na ramię, na biceps, na triceps -
tylko wszystkie one działają w sposób izolowany, nie uczą układu
nerwowego, jak to wszystko pospinać do
kupy i zrobić z ciała zajebiście naoliwioną maszynę. Owszem, przy odrobinie
koksu i samozaparcia można wyhodować sobie niezłą sylwetkę, ale jej walory są
stricte estetyczne. No ok, można zadać szpanu, poderwać blacharę i w razie
czego dać w pysk (jak stawy nie będą za bardzo bolały), ale wydolnościowo -
lipa. Nie. Nie każmy takim pakerom biegać maratonów, nawet połówek. Nawet dychy
niech nie biegają. Niech im się zepsuje winda w wieżowcu i niech wejdą na te
swoje szóste piętro po schodach - stan przedzawałowy murowany!
Dobra, pokpiłem sobie z siłowni, ale skłamałbym, że nie
lubię sportów siłowych - lubię i to bardzo.
Jak wspomniałem, szanuję trójbój, który jest dla mnie ostatecznym sprawdzianem siły. Może i strong many są bardziej widowiskowe, ale jeśli chodzi o ostateczny sprawdzian całościowej siły organizmu - trójbój jest tym, kim był Elvis dla rock&rolla.
Jak wspomniałem, szanuję trójbój, który jest dla mnie ostatecznym sprawdzianem siły. Może i strong many są bardziej widowiskowe, ale jeśli chodzi o ostateczny sprawdzian całościowej siły organizmu - trójbój jest tym, kim był Elvis dla rock&rolla.
Podziwiam też ludzi trenujących kalistenikę. Dwie stówy na
klatę nie robią na mnie wielkiego wrażenia, za to pompki w staniu na jednej
ręce - olbrzymie. Jest w nich i siła i równowaga. Pomijam już fakt, że ludzie
ćwiczący kalistenikę nie wyglądają jak rzeźne wieprze, tylko normalni
wysportowani faceci - estetyka kulturystów jest ich własnym wyborem. Siła w
kalistenice jest naturalna i płynna
- tam nie ma miejsca na słabe ogniwo.
Siła, którą prezentują, jest siłą całego cała - mięśni, ścięgien, równowagi.
Oraz woli - bo ścięgien nie oszukasz kolejną dawką teścia, czy innego domięśniowo dawkowanego koksu. Tu działa tylko upór i mozolne budowanie formy dzień po dniu.
Oraz woli - bo ścięgien nie oszukasz kolejną dawką teścia, czy innego domięśniowo dawkowanego koksu. Tu działa tylko upór i mozolne budowanie formy dzień po dniu.
Trening na maszynach to trening oszukany. Weźmy takie
ściąganie drążka do ramion - siada człowiek na zydelku, nogi blokuje na wałku,
dzięki czemu ciężar nie poderwie go do góry i ściąga na barki te 50-60kg. podobnie
jest z wyciskaniem na barki na maszynie - ciężar jest zablokowany na maszynie,
nic nie buja na boki, jedne co trzeba robić to dymać góra-dół. Ten sam ciężar (powiedzmy
40kg) wzięty jako sztanga jest 1,5 raza cięższy, bo poza faktycznymi
kilogramami w grę wchodzi utrzymanie równowagi oraz stabilizacja korpusu. Nagle
okazuje się, że ćwiczenie na ramiona może rozwijać też stabilizatory
kręgosłupa, brzuch, zmysł równowagi oraz poprawiać psychomotorykę całego
organizmu.
Tego nie da żadna maszyna.
Tego nie da żadna maszyna.
Największą przewagą treningu z ciężarami wolnymi nad
maszynami fakt, że angażują całe grupy mięśni przyczyniając się do ogólnego
wzrostu siły. Weźmy taki wymach kettlem - angażuje nogi (bo trzeba utrzymać
równowagę całego ciała) brzuch oraz plecy (aby ruch wahadłowy ciężaru nie
rozwalił kręgosłupa) ramiona i barki służące jako mechanizm zamachowy oraz
ścięgna i stawy, które wszystkie te mięśnie spajają w jedno. Która maszyna na
siłowni stymuluje tyle mięśni i funkcji na raz?
Jasne, wymach 24kg kettlem nie jest tak widowiskowy, jak wyciskanie stówy na ławeczce, ale w ogólnym rozrachunku, bije to wyciskanie na głowę, ponieważ uzyskana w ten sposób siła jest prawdziwa. Nie ma podparcia, stabilizacji. Wszystko, czym machniesz jest wynikiem pracy całego ciała. Cisnąc na maszynie testujesz tylko jedno ogniwo łańcucha siły. Ćwicząc ze sztangą czy kettlem testujesz ten łańcuch całościowo i jesteś tak silny, jak jego najsłabsze ogniwo.
Dlatego, jest to moim zdaniem siła prawdziwa a nie pozorna.
Jasne, wymach 24kg kettlem nie jest tak widowiskowy, jak wyciskanie stówy na ławeczce, ale w ogólnym rozrachunku, bije to wyciskanie na głowę, ponieważ uzyskana w ten sposób siła jest prawdziwa. Nie ma podparcia, stabilizacji. Wszystko, czym machniesz jest wynikiem pracy całego ciała. Cisnąc na maszynie testujesz tylko jedno ogniwo łańcucha siły. Ćwicząc ze sztangą czy kettlem testujesz ten łańcuch całościowo i jesteś tak silny, jak jego najsłabsze ogniwo.
Dlatego, jest to moim zdaniem siła prawdziwa a nie pozorna.
Nie przepadam za bodybuildingiem, ponieważ nie służy
budowaniu sprawności organizmu, tylko wątpliwej estetyki. Jasne, Koksownik z
osiedlowej siłki jest w stanie sprzedać plombę, po której następuje rozłączenie
z rzeczywistością, ale jest to tępa siła, za którą płaci się bólem stawów i
rozstrojem hormonalnym. Wraz siłą nie idzie w parze sprawność - jest
jednowymiarowa.
Właśnie dlatego uważam, że siłownia to nie sport, tylko hodowanie kurczaków.
Właśnie dlatego uważam, że siłownia to nie sport, tylko hodowanie kurczaków.
Siła, która mnie interesuje to siła funkcjonalna. Być na tyle
sprawnym, by bez kłopotu wejść na dwumetrowy murek, wskoczyć na metrowy gzyms,
podciągnąć się do okienka, przepłynąć dwa kilometry, przebiec dwadzieścia. Podobają mi się treningi sił specjalnych (w
których, warto zauważyć, ciężko jest znaleźć przypakowanych kolesi o posturze T72)
- nie jest istotne, ile ciśniesz na bica, istotne jest to, co z tą siła
potrafisz zrobić. Czy dasz radę maszerować cały dzień z 30kg plecakiem, czy
dasz radę wspiąć się na drzewo, czy wciągniesz kolegę na ścianę, czy wciągniesz
się po linie na drugie piętro.
To jest prawdziwa siła, a nie przewalanie żelastwa.
To jest prawdziwa siła, a nie przewalanie żelastwa.