wtorek, 14 stycznia 2014

Żeby mi się chciało tak, jak na obrazku...

Gdy napotykam w internecie tzw. "obrazki motywacyjne", tudzież całe strony, profile poświęcone motywacji , zastanawiam się "ale po co?". Po co to? Rozumiem jeszcze filmy - gdy jest to fajnie zrobione, gdy reżyser pomyślał o dramaturgii, budowaniu napięcia, można toto z przyjemnością obejrzeć a czasem nawet pozytywnie nakręcić się do treningu.
Ale obrazki?
Większość  tych obrazków to jakiś koszmarnie infantylny chłam z tekstem jako żywo zapożyczonym od Paulo Coehlo. Ani to ładne ani motywujące - ot, jeszcze jeden przejaw nikomu niepotrzebnej internetowej twórczości.
No z dupy zupełnie.

Najbardziej jednak zastanawia mnie, po co komu "zewnętrzna motywacja do treningu". Jak się nie chce - to się nie chce.
Przeca nie od wczoraj wiadomo, że z niewolnika nie ma robotnika.

Najpopularniejsze wykręty od sportu to "nie mam czasu" oraz "nie ma z kim a samemu/samej mi się nie chce".
Co to znaczy?
To znaczy, że się nie chce. Po prostu. Takie osoby nie mają wewnętrznej determinacji do ćwiczenia, nie czują takiej potrzeby (nie czują, bo ją zdusiły wymówkami; gdyby naprawdę tej potrzeby nie posiadały nie wymyślałyby wymówek i usprawiedliwień) ergo: żaden motywacyjny film/obrazek nic w tym temacie nie zmieni.

Załóżmy jednak że zmieni. Naoogląda się taki filmów na jutubie, poczuje zryw serca, pomyśli sobie "dobra, koniec opierdalania, czas się wziąć za siebie" - wzuwa buty, pakuje torbę na siłownię a potem albo wysiada po niecałym kilometrze albo umiera przez tydzień. Co się w jego życiu zmieni? Zmieni tyle, że jeszcze bardziej znienawidzi sportu. Znienawidzi, bo poczuje paskudny smak porażki, bo rozbuchane motywatorami ambicje rozpieprzą się o kompletny brak kondycji. I powie sobie" Nie dla mnie to, poza tym i tak nie wyglądam najgorzej, pójdę na dietę i będzie to samo, jakbym ćwiczył".
Akurat...

Zdychanie po pierwszym treningu to rzecz absolutnie normalna - człowiek nie ma kondycji, leci na wariata - takie jest prawo pierwszego treningu. Musi boleć. To, czy po takim treningu człowiek powie sobie "pierdolę, nie dla mnie taka zabawa", czy zacisnąwszy zęby wróci do ćwiczeń zależy od jednej jedynej rzeczy. Od motywacji. Nie tej z obrazka, wyciągniętej z internetu, tylko od determinacji.
Od tego, czy naprawdę się chce, czy mu się tylko tak wydaje.

Powiem krótko: irytują mnie te internetowe motywatory.
Irytują, ponieważ uważam, że motywacja powinna być w człowieku, że musi "się chcieć" - inaczej w ogóle nie ma co się szarpać. Jak się nie chce - to trzeba walnąć się z browarem i dobrą książką a nie jęczeć, że poszedłbym, ale nie ma kiedy, nie ma z kim, nie ma gdzie itd.
Albo się chce albo się nie chce.

Nie jestem w stanie przypomnieć sobie dnia, gdy nie chciało mi się ćwiczyć. Zawsze mi się chce. Latem, gdy było bardzo upalnie, wstawałem o 4:40 rano, by na spokojnie cyknąć godzinkę biegu przed wyjściem do pracy. Ktoś powie, że to wariactwo, że woli się wyspać - ale dla mnie to kwestia tego, że CHCE MI SIĘ. Skoro po południu jest za gorąco a w dzień pracuję - to albo dymam pomimo gorąca, albo wstaję przed pracą i dymam razem ze słonkiem.
Bo chcący szuka sposobów a nie-chcący powodów.

Jasne, każdy czasem ma lenia. Nie jesteśmy terminatorami i raz w tygodniu zdrowo jest udać się do stoczni remontowej. Nawet dwa razy - gdy ktoś potrzebuje. Gorzej, gdy ten leń jest stanem przewlekłym -  wtedy trzeba sie zastanowić, czy ja na pewno potrzebuje obrazka z internetu, czy może kopa w dupę? Czy na pewno tak bardzo mi się chce wyjść pobiegać? Bo skoro szukam wykrętów to chyba nie bardzo?
Czy tak samo szukam wykrętów by poleżeć jeszcze chwilę w ciepłym wyrku?
Czy muszę się namawiać na kolejnego zimnego browarka?
No właśnie...

Rzecz jasna, przegięcie w drugą stronę jest wg mnie takim samym zboczeniem. Napieprzanie w każdych możliwych warunkach pogodowych, dzień w dzień to moim zdaniem forma zajoba. Taki sportowy alkoholizm. Jasne, ktoś powie, że tak lubi - świetnie, ja też lubię, np. zimnego desperadosa bardzo lubię - ale to nie znaczy, że żłopię go codziennie.

Moim zdaniem, wszystkie te netowe motywatory są też kapkę niebezpieczne. Nie raz i nie dwa zdarzyło mi się pobiec w dzień regeneracyjny, bo akurat nakręciłem się jakimś filmem z netu, czy wrzuconym przez znajomych logiem z treningu na tym, czy innym endomondo. Jasne, nie wolno winić młotka za to, że ktoś nim rozbił głowę zamiast wbijać gwoździe, ale prawda jest taka, że gdyby nie te cholerne motywatory, to bym usiedział w domu jak człowiek, wypoczął, dał sobie szansę...


Póki co jest środek stycznia. Mrozek powoli chwyta, więc wszyscy internetowi biegacze zapadli w sen zimowy. Będzie tak do kwietnia - a potem znów zaleje nas fala internetowego chłamu. Znów rozkwitnie fit-to, fit-tamto, fit- siamto i owamto.
Znowu diety-srety i sześciopak w cztery tygodnie
I znowu znajdę swoje zdjęcie z jakimś durnym podpisem ;)


środa, 8 stycznia 2014

Trzy mity na temat crossFitu

Moje ulubione okołocrossFitowe wspomnienie ma miejsce na "Biegnij Warszawo".
Jest chwila przed biegiem, znajoma przedstawia mnie swojej koleżance.
- Poznajcie się to jest Krzysztof, Krzysztof uprawia crossFit
chwila konsternacji
- O Jezu, wariat...

Ta historia mówi wszystko o tym, jak crossFit odbierany jest wśród ludzi. CrossFit jest dla wariatów. Dla zboczeńców. Dla pojebów, którzy lubią balansować na granicy wytrzymałości. "Raz poszłam i myślałam, że się porzygam" - powiedziała mi inna znajoma, gdy zapytałem ją o Box w jej okolicy.
"Raz mi wystarczy, nie jestem masochistką..."

Umieranie, rzyganie - to uczucia najczęściej kojarzone z pierwszym treningiem. Człowiek idzie i zamienia się w kłębek bólu, nie ma pojęcia, co się dzieje a jedyna myśl w jego głowie to migające, niczym erka na sygnale, "niech to się kurwa skończy" - a kiedy kończy się trening, pojawia się to nieporównywalne z niczym uczucie powrotu z zaświatów.
Byłem; widziałem światło.
Wróciłem...

Czy crossFit jest dla wariatów? Czy trzeba być wariatem, by przez godzinę wyżymać się jak szmatę do podłogi; doprowadzać do granicy, do łez, do mdłości?
Nie. Trzeba być zdeterminowanym. Trzeba chcieć coś ze sobą zrobić Chcieć tego bardzo mocno. Tak mocno, by za każdym razem dawać z siebie maxa.
Nikt ci nie każe jechać po bandzie - to ty masz tego chcieć. Nikt Cię do tego nie zmusi - bo to nie wojsko, gdzie jeden bezmózgi frustrat terroryzuje pozostałych. Chcesz się opieprzać i udawać - silwuple - ale jedyną osoba, która w ten sposób oszukasz, będziesz ty sam.

CrossFit ma opinię treningu dla wariatów, ponieważ powszechnie obowiązującym standardem aktywności fizycznej dla mężczyzn jest siłownia, na której, przez większość czasu... siedzi się na dupie.
Triceps - na dupie, biceps -  na dupie, barki -  na dupie, rozpiętki -  na dupie albo na plecach, wyciskanie sztangi - na plecach, brzuszki - na plecach. Cokolwiek by człowiek na siłowni nie robił - siedzi albo leży. Tymczasem na crossFicie na cały czas jesteś na nogach - sztangi, kettle, skakanki, piłki lekarskie - wszystko robisz w ruchu, na stojąco, non-stop pilnując równowagi (wyjątkiem są tu ćwiczenia na drążku, gdy ręce przejmują większość obciążenia). Dla osoby nieprzyzwyczajonej  do ruchu, do wysiłku typu cardio, taki typ treningu może być wariacki, ponad siły - ale o to w crossFicie chodzi. Ma być non-stop w ruchu, ma być na granicy. Ma cię przeżuć i wypluć.
I wiesz co?
Będziesz z tego zajebiście zadowolony.

Kolejną obiegową opinią na temat crossFitu jest jego kontuzyjność. Co ciekawe - słyszałem ją tyko od osób, które crossFitu nie ćwiczyły - ale to już inna para kaloszy.
Opinia ta jest w pewnym sensie dla mnie zrozumiała. Dla człowieka, który męski fitness kojarzy z przewalaniem żelaza na siłowni, crossFitowy trening musi jawić się, jako najszybsza droga do kontuzji.  Że jak to - tak szybko, na wariata, tu sztanga, tu skakanie na skrzynie a tam piłka lekarska - no tak się nie da przecież...

Jedną z podstaw crossFitu jest skalowanie. Ćwiczysz z takim ciężarem, z jakim czujesz się swobodnie i bezpiecznie.  Owszem, są ciężary zalecane do danych ćwiczeń, dla pań i panów, ale jeśli czujesz się z "przepisanym" ciężarem nie halo - redukujesz go i nikt z tego powodu krzywo patrzył nie będzie. To nie siłownia, gdzie każdy ukradkiem podpatruje, kto ile na klatę bierze. Tu walczysz sam ze sobą. Bierz tyle, ile dasz radę i pamiętaj, że masz z tym ciężarem zrobić kilkadziesiąt powtórzeń. Na czas.

Pamiętam, jak na początku ćwiczyłem pustym gryfem. Czułem się głupio widząc, że nawet dziewczyny zakładają coś na sztangę (a są i takie, które zakładają po 5 dych i więcej) a ja z pustym kijem się szamoczę. Kusiło jak cholera, by założyć choć po małym talerzu - ale nie tędy droga. Widząc, że moim ćwiczeniom brakuje techniki i stabilizacji, że sztanga wozi mnie po sali przełknąłem własną dumę i dymałem z pustym gryfem piętnastką.
I nikt słowa nie powiedział.
I pomagali.
Doradzali.
Kibicowali.

Kontuzję podłapałem dużo później, gdy poczułem się nieco pewniej i postanowiłem być mądrzejszy od trenera. Podłapałem ją wskutek za dużej intensywności i zbyt małej ilości odpoczynku - dożynałem sie, dożynałem - aż dorżnąłem.
Nie kontuzjował mnie crossFit. Kontuzjowała mnie własna duma i niefrasobliwość .
Taka prawda.

Mówi się, że crossFit jest drogi.
Większość moich znajomych, którzy chodzą na siłownię, chodzi na dofinansowywaną przez pracę kartę multisport (czy inną, podobną) skutkiem czego siłownia kosztuje ich 1/4 ceny - płacą za to 50 zł miesięcznie i wydaje im się, że tyle to faktycznie kosztuje. Wystarczy jednak przejść się do dowolnej siłowni, która nie jest typową "osiedlówką" dla karków spod trzepaka, zapytać się ile kosztuje "normalny" karnet typu open - i nagle okazuje się, że we warsiawce trzeba wysupłać (średnio) w okolicy dwóch stów.
Kapkę drożej, niż z multisportem ;)

Urok kart multisport jest taki, że korzysta z nich masa osób (pardon, jeśli kogoś urażę) przypadkowych. Poczuje jeden z drugim poświąteczne wyrzuty sumienia - i huzia na crossFit, siłownię, czy co tam jeszcze. A tu zonk -  bo na crossFicie nie honorują multisportu.
A to dlaczego -  ktoś zapyta.
Ano dlatego, że crossFit to (uwaga, duże słowo) - poświęcenie. Idziesz tam, bo chcesz dać z siebie wszystko a nie po to, by wpaść raz na kilka dni. Pierwszy trening jest za friko - możesz wejść, zobaczyć, czy to twoja bajka, czy ci to odpowiada. Jeśli odpowiada, jeśli chcesz traktować to poważnie - to za to zapłać. Dostajesz porządny towar, więc dlaczego miałbyś go mieć po cenach dyskontowych?

Wysoka cena to też forma odsiewu niedzielnych sportowców. Powiedzmy sobie szczerze - kto płaci słono, ten szanuje to, za co płaci. Z kartą multisport, czy inny benefit system, bardzo szybko zaroiłoby się od ludzi, którzy wpadają sobie "ot tak, coś porobić". Wysoka cena szybko takich odsiewa - bo kto płaciłby ponad dwie stówy tylko po to, by się okazjonalnie podlansować?
Nie znam takich...

Więc jak to jest z tym crossFitem?
Czy jest dla wariatów? Nie, jest dla zapaleńców, którzy poważnie podchodzą do treningu.
Czy jest kontuzjogenny? Tylko, gdy próbujesz być mądrzejszy od trenera.
Czy jest drogi? Nie. Jest wyceniony stosownie do swojej jakości.
No więc jaki jest?


Ja wam powiem
ZAJEBISTY :)

niedziela, 5 stycznia 2014

Babki grają na ostro

Nie pamiętam już, czy gdzieś o tym czytałem, czy ktoś mi opowiadał i czy to w ogóle prawda jest, ale ponoć w oddziałach specjalnych Izraela są dwie sekcje: męska i żeńska. Męską wysyła się sytuacjach standardowych, gdy trzeba odbić zakładników, wziąć zamachowców żywcem; gdy zaś sytuacja robi się beznadziejna i nie pozostaje już nic innego jak "posprzątać" terrorystów - wówczas wpuszcza się kobiety. Po ich wejściu zazwyczaj i tak już nie ma, co zbierać. 
Wchodzą jak przecinak i niszczą wszystko na swojej drodze.

Historia ta przypomniała mi się, gdy zamiast do "swojego" fizjoterapeuty trafiłem na "zastępstwo" do jego koleżanki po fachu. Uczciwie ostrzegła mnie, że ma opinię osoby bezlitosnej, ale jakoś nie wziąłem sobie tego do serca - bo co to, ja nie dam rady? Nastroszywszy piórka położyłem się na stole i... Zobaczyłem gwiazdy.
Dużo gwiazd.
Całą. Cholerną. Galaktykę.

Zabiegi u fizjoterapeuty bywały chwilami bolesne - szczególnie, gdy trafiał w źródło, w punkt zapalny - ale nigdy nie był to ból, przy którym musiałbym zaciskać zęby. U jego koleżanki sytuacja była dokładnie odwrotna - z miejsca weszliśmy na wysoki próg bólu, robiąc tylko okazjonalne przerwy na złapanie oddechu.
Zupełnie jak na crossFicie ;)

"Jakby za bardzo bolało - to mów" - powiedziała Natalia - ale gdzie ja tam powiem, że boli. Nie ma miękkiej gry. Choć chwilami miałem mroczki przed oczami dzielnie zniosłem cały zabieg. Przez koleje dwa dni sam nie wiedziałem, czy boli w związku z kontuzją, czy dlatego, że tak mnie fizjo zmasakrowała. Trzeciego dnia okazało się jednak, że boli mniej - i nie dlatego, że przeszedł ból po zabiegu, tylko dlatego, że coś zaczęło się goić. Mogłem bez bólu podnieść butelkę wody mineralnej.
A więc sukces! Drobny, bo drobny - ale sukces :)

Leczenie "łokcia tenisisty" bez użycia sterydów to nic innego jak przyspieszanie procesu samoleczenia organizmu. Ponieważ okolice łokcia są słabo ukrwione (a krew jest głównym transporterem produkowanych przez ciało "lekarstw") trzeba doprowadzić do ich ukrwienia/przekrwienia. Najprościej zrobić to masażem. Solidnym, dogłębnym masażem, takim, który wywołuje drobny stan zapalny - wówczas organizm uruchamia wewnętrzne "systemy obronne", dostaje sygnał, że coś dzieje się źle i zwiększa produkcję substancji leczących, a im mocniejszy masaż, tym silniejszy bodziec do samoleczenia.

Po kilku spotkaniach z fizjoterapeutką widzę, że postawienie na "hardkorową" rehabilitację przynosi efekty. Mogę już nosić zakupy, dam radę wnieść zgrzewkę wody a nawet, bez bólu robię pompki.
Owszem, sesje z Natalią nie należą do najprzyjemniejszych (ostatnio sama żartowała, że są pacjenci, którzy się jej boją) - ale ciężko im odmówić skuteczności. Prawdę mówiąc, są skuteczne, jak cholera - a o to przecież w rehabilitacji chodzi.


Więc jak to jest z tymi żeńskimi oddziałami specjalnymi?
Nawet, jeśli to tylko anedgota - to jak w każdej anedgocie, musi być w tym ziarno prawdy. Każde spotkanie z Natalią utwierdza mnie w tym przekonaniu.
Gdy wchodzi do akcji, mój łokciowy terrorysta nie ma żadnych szans.
"You can run, but you will only die tired"