wtorek, 14 stycznia 2014

Żeby mi się chciało tak, jak na obrazku...

Gdy napotykam w internecie tzw. "obrazki motywacyjne", tudzież całe strony, profile poświęcone motywacji , zastanawiam się "ale po co?". Po co to? Rozumiem jeszcze filmy - gdy jest to fajnie zrobione, gdy reżyser pomyślał o dramaturgii, budowaniu napięcia, można toto z przyjemnością obejrzeć a czasem nawet pozytywnie nakręcić się do treningu.
Ale obrazki?
Większość  tych obrazków to jakiś koszmarnie infantylny chłam z tekstem jako żywo zapożyczonym od Paulo Coehlo. Ani to ładne ani motywujące - ot, jeszcze jeden przejaw nikomu niepotrzebnej internetowej twórczości.
No z dupy zupełnie.

Najbardziej jednak zastanawia mnie, po co komu "zewnętrzna motywacja do treningu". Jak się nie chce - to się nie chce.
Przeca nie od wczoraj wiadomo, że z niewolnika nie ma robotnika.

Najpopularniejsze wykręty od sportu to "nie mam czasu" oraz "nie ma z kim a samemu/samej mi się nie chce".
Co to znaczy?
To znaczy, że się nie chce. Po prostu. Takie osoby nie mają wewnętrznej determinacji do ćwiczenia, nie czują takiej potrzeby (nie czują, bo ją zdusiły wymówkami; gdyby naprawdę tej potrzeby nie posiadały nie wymyślałyby wymówek i usprawiedliwień) ergo: żaden motywacyjny film/obrazek nic w tym temacie nie zmieni.

Załóżmy jednak że zmieni. Naoogląda się taki filmów na jutubie, poczuje zryw serca, pomyśli sobie "dobra, koniec opierdalania, czas się wziąć za siebie" - wzuwa buty, pakuje torbę na siłownię a potem albo wysiada po niecałym kilometrze albo umiera przez tydzień. Co się w jego życiu zmieni? Zmieni tyle, że jeszcze bardziej znienawidzi sportu. Znienawidzi, bo poczuje paskudny smak porażki, bo rozbuchane motywatorami ambicje rozpieprzą się o kompletny brak kondycji. I powie sobie" Nie dla mnie to, poza tym i tak nie wyglądam najgorzej, pójdę na dietę i będzie to samo, jakbym ćwiczył".
Akurat...

Zdychanie po pierwszym treningu to rzecz absolutnie normalna - człowiek nie ma kondycji, leci na wariata - takie jest prawo pierwszego treningu. Musi boleć. To, czy po takim treningu człowiek powie sobie "pierdolę, nie dla mnie taka zabawa", czy zacisnąwszy zęby wróci do ćwiczeń zależy od jednej jedynej rzeczy. Od motywacji. Nie tej z obrazka, wyciągniętej z internetu, tylko od determinacji.
Od tego, czy naprawdę się chce, czy mu się tylko tak wydaje.

Powiem krótko: irytują mnie te internetowe motywatory.
Irytują, ponieważ uważam, że motywacja powinna być w człowieku, że musi "się chcieć" - inaczej w ogóle nie ma co się szarpać. Jak się nie chce - to trzeba walnąć się z browarem i dobrą książką a nie jęczeć, że poszedłbym, ale nie ma kiedy, nie ma z kim, nie ma gdzie itd.
Albo się chce albo się nie chce.

Nie jestem w stanie przypomnieć sobie dnia, gdy nie chciało mi się ćwiczyć. Zawsze mi się chce. Latem, gdy było bardzo upalnie, wstawałem o 4:40 rano, by na spokojnie cyknąć godzinkę biegu przed wyjściem do pracy. Ktoś powie, że to wariactwo, że woli się wyspać - ale dla mnie to kwestia tego, że CHCE MI SIĘ. Skoro po południu jest za gorąco a w dzień pracuję - to albo dymam pomimo gorąca, albo wstaję przed pracą i dymam razem ze słonkiem.
Bo chcący szuka sposobów a nie-chcący powodów.

Jasne, każdy czasem ma lenia. Nie jesteśmy terminatorami i raz w tygodniu zdrowo jest udać się do stoczni remontowej. Nawet dwa razy - gdy ktoś potrzebuje. Gorzej, gdy ten leń jest stanem przewlekłym -  wtedy trzeba sie zastanowić, czy ja na pewno potrzebuje obrazka z internetu, czy może kopa w dupę? Czy na pewno tak bardzo mi się chce wyjść pobiegać? Bo skoro szukam wykrętów to chyba nie bardzo?
Czy tak samo szukam wykrętów by poleżeć jeszcze chwilę w ciepłym wyrku?
Czy muszę się namawiać na kolejnego zimnego browarka?
No właśnie...

Rzecz jasna, przegięcie w drugą stronę jest wg mnie takim samym zboczeniem. Napieprzanie w każdych możliwych warunkach pogodowych, dzień w dzień to moim zdaniem forma zajoba. Taki sportowy alkoholizm. Jasne, ktoś powie, że tak lubi - świetnie, ja też lubię, np. zimnego desperadosa bardzo lubię - ale to nie znaczy, że żłopię go codziennie.

Moim zdaniem, wszystkie te netowe motywatory są też kapkę niebezpieczne. Nie raz i nie dwa zdarzyło mi się pobiec w dzień regeneracyjny, bo akurat nakręciłem się jakimś filmem z netu, czy wrzuconym przez znajomych logiem z treningu na tym, czy innym endomondo. Jasne, nie wolno winić młotka za to, że ktoś nim rozbił głowę zamiast wbijać gwoździe, ale prawda jest taka, że gdyby nie te cholerne motywatory, to bym usiedział w domu jak człowiek, wypoczął, dał sobie szansę...


Póki co jest środek stycznia. Mrozek powoli chwyta, więc wszyscy internetowi biegacze zapadli w sen zimowy. Będzie tak do kwietnia - a potem znów zaleje nas fala internetowego chłamu. Znów rozkwitnie fit-to, fit-tamto, fit- siamto i owamto.
Znowu diety-srety i sześciopak w cztery tygodnie
I znowu znajdę swoje zdjęcie z jakimś durnym podpisem ;)


środa, 8 stycznia 2014

Trzy mity na temat crossFitu

Moje ulubione okołocrossFitowe wspomnienie ma miejsce na "Biegnij Warszawo".
Jest chwila przed biegiem, znajoma przedstawia mnie swojej koleżance.
- Poznajcie się to jest Krzysztof, Krzysztof uprawia crossFit
chwila konsternacji
- O Jezu, wariat...

Ta historia mówi wszystko o tym, jak crossFit odbierany jest wśród ludzi. CrossFit jest dla wariatów. Dla zboczeńców. Dla pojebów, którzy lubią balansować na granicy wytrzymałości. "Raz poszłam i myślałam, że się porzygam" - powiedziała mi inna znajoma, gdy zapytałem ją o Box w jej okolicy.
"Raz mi wystarczy, nie jestem masochistką..."

Umieranie, rzyganie - to uczucia najczęściej kojarzone z pierwszym treningiem. Człowiek idzie i zamienia się w kłębek bólu, nie ma pojęcia, co się dzieje a jedyna myśl w jego głowie to migające, niczym erka na sygnale, "niech to się kurwa skończy" - a kiedy kończy się trening, pojawia się to nieporównywalne z niczym uczucie powrotu z zaświatów.
Byłem; widziałem światło.
Wróciłem...

Czy crossFit jest dla wariatów? Czy trzeba być wariatem, by przez godzinę wyżymać się jak szmatę do podłogi; doprowadzać do granicy, do łez, do mdłości?
Nie. Trzeba być zdeterminowanym. Trzeba chcieć coś ze sobą zrobić Chcieć tego bardzo mocno. Tak mocno, by za każdym razem dawać z siebie maxa.
Nikt ci nie każe jechać po bandzie - to ty masz tego chcieć. Nikt Cię do tego nie zmusi - bo to nie wojsko, gdzie jeden bezmózgi frustrat terroryzuje pozostałych. Chcesz się opieprzać i udawać - silwuple - ale jedyną osoba, która w ten sposób oszukasz, będziesz ty sam.

CrossFit ma opinię treningu dla wariatów, ponieważ powszechnie obowiązującym standardem aktywności fizycznej dla mężczyzn jest siłownia, na której, przez większość czasu... siedzi się na dupie.
Triceps - na dupie, biceps -  na dupie, barki -  na dupie, rozpiętki -  na dupie albo na plecach, wyciskanie sztangi - na plecach, brzuszki - na plecach. Cokolwiek by człowiek na siłowni nie robił - siedzi albo leży. Tymczasem na crossFicie na cały czas jesteś na nogach - sztangi, kettle, skakanki, piłki lekarskie - wszystko robisz w ruchu, na stojąco, non-stop pilnując równowagi (wyjątkiem są tu ćwiczenia na drążku, gdy ręce przejmują większość obciążenia). Dla osoby nieprzyzwyczajonej  do ruchu, do wysiłku typu cardio, taki typ treningu może być wariacki, ponad siły - ale o to w crossFicie chodzi. Ma być non-stop w ruchu, ma być na granicy. Ma cię przeżuć i wypluć.
I wiesz co?
Będziesz z tego zajebiście zadowolony.

Kolejną obiegową opinią na temat crossFitu jest jego kontuzyjność. Co ciekawe - słyszałem ją tyko od osób, które crossFitu nie ćwiczyły - ale to już inna para kaloszy.
Opinia ta jest w pewnym sensie dla mnie zrozumiała. Dla człowieka, który męski fitness kojarzy z przewalaniem żelaza na siłowni, crossFitowy trening musi jawić się, jako najszybsza droga do kontuzji.  Że jak to - tak szybko, na wariata, tu sztanga, tu skakanie na skrzynie a tam piłka lekarska - no tak się nie da przecież...

Jedną z podstaw crossFitu jest skalowanie. Ćwiczysz z takim ciężarem, z jakim czujesz się swobodnie i bezpiecznie.  Owszem, są ciężary zalecane do danych ćwiczeń, dla pań i panów, ale jeśli czujesz się z "przepisanym" ciężarem nie halo - redukujesz go i nikt z tego powodu krzywo patrzył nie będzie. To nie siłownia, gdzie każdy ukradkiem podpatruje, kto ile na klatę bierze. Tu walczysz sam ze sobą. Bierz tyle, ile dasz radę i pamiętaj, że masz z tym ciężarem zrobić kilkadziesiąt powtórzeń. Na czas.

Pamiętam, jak na początku ćwiczyłem pustym gryfem. Czułem się głupio widząc, że nawet dziewczyny zakładają coś na sztangę (a są i takie, które zakładają po 5 dych i więcej) a ja z pustym kijem się szamoczę. Kusiło jak cholera, by założyć choć po małym talerzu - ale nie tędy droga. Widząc, że moim ćwiczeniom brakuje techniki i stabilizacji, że sztanga wozi mnie po sali przełknąłem własną dumę i dymałem z pustym gryfem piętnastką.
I nikt słowa nie powiedział.
I pomagali.
Doradzali.
Kibicowali.

Kontuzję podłapałem dużo później, gdy poczułem się nieco pewniej i postanowiłem być mądrzejszy od trenera. Podłapałem ją wskutek za dużej intensywności i zbyt małej ilości odpoczynku - dożynałem sie, dożynałem - aż dorżnąłem.
Nie kontuzjował mnie crossFit. Kontuzjowała mnie własna duma i niefrasobliwość .
Taka prawda.

Mówi się, że crossFit jest drogi.
Większość moich znajomych, którzy chodzą na siłownię, chodzi na dofinansowywaną przez pracę kartę multisport (czy inną, podobną) skutkiem czego siłownia kosztuje ich 1/4 ceny - płacą za to 50 zł miesięcznie i wydaje im się, że tyle to faktycznie kosztuje. Wystarczy jednak przejść się do dowolnej siłowni, która nie jest typową "osiedlówką" dla karków spod trzepaka, zapytać się ile kosztuje "normalny" karnet typu open - i nagle okazuje się, że we warsiawce trzeba wysupłać (średnio) w okolicy dwóch stów.
Kapkę drożej, niż z multisportem ;)

Urok kart multisport jest taki, że korzysta z nich masa osób (pardon, jeśli kogoś urażę) przypadkowych. Poczuje jeden z drugim poświąteczne wyrzuty sumienia - i huzia na crossFit, siłownię, czy co tam jeszcze. A tu zonk -  bo na crossFicie nie honorują multisportu.
A to dlaczego -  ktoś zapyta.
Ano dlatego, że crossFit to (uwaga, duże słowo) - poświęcenie. Idziesz tam, bo chcesz dać z siebie wszystko a nie po to, by wpaść raz na kilka dni. Pierwszy trening jest za friko - możesz wejść, zobaczyć, czy to twoja bajka, czy ci to odpowiada. Jeśli odpowiada, jeśli chcesz traktować to poważnie - to za to zapłać. Dostajesz porządny towar, więc dlaczego miałbyś go mieć po cenach dyskontowych?

Wysoka cena to też forma odsiewu niedzielnych sportowców. Powiedzmy sobie szczerze - kto płaci słono, ten szanuje to, za co płaci. Z kartą multisport, czy inny benefit system, bardzo szybko zaroiłoby się od ludzi, którzy wpadają sobie "ot tak, coś porobić". Wysoka cena szybko takich odsiewa - bo kto płaciłby ponad dwie stówy tylko po to, by się okazjonalnie podlansować?
Nie znam takich...

Więc jak to jest z tym crossFitem?
Czy jest dla wariatów? Nie, jest dla zapaleńców, którzy poważnie podchodzą do treningu.
Czy jest kontuzjogenny? Tylko, gdy próbujesz być mądrzejszy od trenera.
Czy jest drogi? Nie. Jest wyceniony stosownie do swojej jakości.
No więc jaki jest?


Ja wam powiem
ZAJEBISTY :)

niedziela, 5 stycznia 2014

Babki grają na ostro

Nie pamiętam już, czy gdzieś o tym czytałem, czy ktoś mi opowiadał i czy to w ogóle prawda jest, ale ponoć w oddziałach specjalnych Izraela są dwie sekcje: męska i żeńska. Męską wysyła się sytuacjach standardowych, gdy trzeba odbić zakładników, wziąć zamachowców żywcem; gdy zaś sytuacja robi się beznadziejna i nie pozostaje już nic innego jak "posprzątać" terrorystów - wówczas wpuszcza się kobiety. Po ich wejściu zazwyczaj i tak już nie ma, co zbierać. 
Wchodzą jak przecinak i niszczą wszystko na swojej drodze.

Historia ta przypomniała mi się, gdy zamiast do "swojego" fizjoterapeuty trafiłem na "zastępstwo" do jego koleżanki po fachu. Uczciwie ostrzegła mnie, że ma opinię osoby bezlitosnej, ale jakoś nie wziąłem sobie tego do serca - bo co to, ja nie dam rady? Nastroszywszy piórka położyłem się na stole i... Zobaczyłem gwiazdy.
Dużo gwiazd.
Całą. Cholerną. Galaktykę.

Zabiegi u fizjoterapeuty bywały chwilami bolesne - szczególnie, gdy trafiał w źródło, w punkt zapalny - ale nigdy nie był to ból, przy którym musiałbym zaciskać zęby. U jego koleżanki sytuacja była dokładnie odwrotna - z miejsca weszliśmy na wysoki próg bólu, robiąc tylko okazjonalne przerwy na złapanie oddechu.
Zupełnie jak na crossFicie ;)

"Jakby za bardzo bolało - to mów" - powiedziała Natalia - ale gdzie ja tam powiem, że boli. Nie ma miękkiej gry. Choć chwilami miałem mroczki przed oczami dzielnie zniosłem cały zabieg. Przez koleje dwa dni sam nie wiedziałem, czy boli w związku z kontuzją, czy dlatego, że tak mnie fizjo zmasakrowała. Trzeciego dnia okazało się jednak, że boli mniej - i nie dlatego, że przeszedł ból po zabiegu, tylko dlatego, że coś zaczęło się goić. Mogłem bez bólu podnieść butelkę wody mineralnej.
A więc sukces! Drobny, bo drobny - ale sukces :)

Leczenie "łokcia tenisisty" bez użycia sterydów to nic innego jak przyspieszanie procesu samoleczenia organizmu. Ponieważ okolice łokcia są słabo ukrwione (a krew jest głównym transporterem produkowanych przez ciało "lekarstw") trzeba doprowadzić do ich ukrwienia/przekrwienia. Najprościej zrobić to masażem. Solidnym, dogłębnym masażem, takim, który wywołuje drobny stan zapalny - wówczas organizm uruchamia wewnętrzne "systemy obronne", dostaje sygnał, że coś dzieje się źle i zwiększa produkcję substancji leczących, a im mocniejszy masaż, tym silniejszy bodziec do samoleczenia.

Po kilku spotkaniach z fizjoterapeutką widzę, że postawienie na "hardkorową" rehabilitację przynosi efekty. Mogę już nosić zakupy, dam radę wnieść zgrzewkę wody a nawet, bez bólu robię pompki.
Owszem, sesje z Natalią nie należą do najprzyjemniejszych (ostatnio sama żartowała, że są pacjenci, którzy się jej boją) - ale ciężko im odmówić skuteczności. Prawdę mówiąc, są skuteczne, jak cholera - a o to przecież w rehabilitacji chodzi.


Więc jak to jest z tymi żeńskimi oddziałami specjalnymi?
Nawet, jeśli to tylko anedgota - to jak w każdej anedgocie, musi być w tym ziarno prawdy. Każde spotkanie z Natalią utwierdza mnie w tym przekonaniu.
Gdy wchodzi do akcji, mój łokciowy terrorysta nie ma żadnych szans.
"You can run, but you will only die tired" 

wtorek, 31 grudnia 2013

Przyjemność przede wszystkim

Święta  święta i po świętach. Standardowo – 3 kilo do przodu. Czy się staram, czy nie staram, czy kontroluję, czy nie kontroluję, bilans jest od lat zawsze ten sam. Trzy kilo. Potem jeszcze sylwestrowa bibka, noworoczny kac i jak się wszystko razem podsumuje to dochodzi człowiek do wniosku, że nie ma co się oszukiwać i męczyć, tylko poluzować tę dziurkę w pasku.
Się przytyło

Się przytyło bo się jadło. Jadło i piło więcej niż zwykle, sportu mniej niż zwykle uprawiało, wódeczki popiło, brzuniem do góry poleżało. No musiało się przytyć. Nie da rady inaczej.
I co z tego?
Dwa tygodnie i znów wszystko wróci do normy. Zacznie się nowy rok, wejdzie w koleiny starych przyzwyczajeń – i ani się człowiek obejrzy a będzie po staremu, choć rok nówka sztuka, ledwie śmignięty.

Podziwiam ludzi, którzy są w stanie trzymać się diety. Podziwiam, bo dla mnie to siła woli granicząca z masochizmem. Próbowałem nie raz i nie dwa – czasem coś mi się na głowę rzuci i postanawiam spróbować tej, czy innej diety. Trwa to kilka dni, tydzień góra. Zazwyczaj kończy się w piątek, gdy zamykając tydzień pracy skręcam do monopolowego po desperadosa, portera, czy flaszkę czegoś mocniejszego. Kończy się tydzień i kończy się dieta. Odcinam się od obowiązków, rozsądku i wszystkiego tego, co wiąże się z dorosłością.
Jest piątek wieczorem. Znów mam ‘naście lat i wszystko w dupie.
Anarchia po godzinach.

Nie zawsze trzeba czekać do piątku. Wystarczy, że w stołówce/barze zobaczę dewolaja z frytkami i buraczkami. Żegnaj dieto! Pieprz się dieto! Niby dlaczego mam żreć twarogi, czy inną soję, skoro mogę zjeść coś, co mi naprawdę smakuje? Co uwielbiam. Pyszne niezdrowe świństwo z głębokiego oleju.
Loff...

Niedługo mina dwa lata, jak biegam. Przez ten czas, raz, może dwa, zbliżyłem się do wymarzonej sylwetki, po czym z powrotem wracałem do opcji 80% satysfakcji -  bo knajpa, bo piwko, bo pyszne żarcie. Początkowo robiłem sobie z tego powodu wyrzuty, szczęśliwie z czasem zrozumiałem, że nie tędy droga. Że ściganie wymarzonej sylwetki jest bez sensu, że nawet, gdy ją dopędzę nie będę szczęśliwy, bo cena, jaką za nią zapłacę, odbierze mi całą radość zwycięstwa.
Bo ja zwyczajnie kocham jeść.
Po prostu.

Lubię naleśniki z głębokiego tłuszczu, pizze, tortille, dewolaje, fryty, sery smażone. Lubię to wszystko popić lodowatym porterem. Ba! W ogóle lubię popić. Lubię sobie pofolgować i poprawić to czymś słodkim. Sprawia mi to zwierzęcą, fizyczną przyjemność. Jest mi potem błogo, świat traci krawędzie. Wszystko staje się miękkie, przyjazne i pluszowe.
Kocham to.

Przepis na wymarzoną sylwetkę, o ile nie masz jakichś ultra-mega-w-kosmos-wywalonych genów jest prosty: dieta i ćwiczenia. Mówiąc krótko: Chcesz bosko wyglądać: zapieprzaj jak wściekły i trzymaj Gestapo w lodówce.
Kiedyś wydawało mi się, że jest droga na skróty – że wystarczy trenować jak wariat a będzie można jeść wszystko, na co ma się ochotę. Niestety, to tak nie działa. Owszem, kilogramy lecą ( do pewnego momentu ) ale sport uprawiany z myślą o kaloriach, motywacja w stylu “muszę pobiegać, żeby spalić obiad” to najszybszy sposób do obrzydzenia sobie wszystkiego, co ze sportem się wiąże. Wyjście z domu ma być frajdą, czasem resetu, chwilą tylko dla siebie a nie biczowaniem się za zjedzony posiłek. Taki sport szybko staje się karą i tylko czekać, aż go człowiek porzuci dla czegoś mniej dyskomfortowego (na przykład telewizora) albo zwyczajnie dostanie zajoba.

Próbowałem różnych diet i przepisów. Problem z nimi wszystkimi mam taki, że albo mi nie smakują, albo uważam je za przerost formy nad treścią. Wszystkie te wege-fiku-miku, czy modne w crossFicie paleo -  no nie dla mnie to. Nie szkoda mi zwierzątek -  sorry, taka ze mnie świnia – żrę mięso, noszę skórzany pasek, buty, kurtkę. Poza tym, a może przede wszystkim, lubię mięcho i nie widzę powodu, dla którego miałbym z niego zrezygnować

Co ma zatem zrobić człowiek, który lubi dobrze zjeść i wypić?
Przede wszystkim odpowiedzieć sobie na zasadnicze pytanie: “Po cholerę mi to?” Co mi to da, że w imię tego, czy owego będę sobie odbierał przyjemności, wpędzał w poczucie winy?
Czy to warte?”
Czy to, że mam 2-3 kg więcej zmienia coś w moim życiu. Czy to NAPRAWDĘ istotne? Czy warto sobie robić ciśnienie i siedząc pod presją ciągle mierzyć, czy to już, czy jeszcze nie?
Czy jest sens co raz gapić się na wagę i robić sobie z tego powodu wyrzuty sumienia?
Otóż nie.
Nie ma w tym żadnego sensu.
ŻADNEGO.

Podobnie rzecz ma się z planami treningowymi, których ni cholery trzymać się nie potrafię. Nie wyobrażam sobie biegania “pod kreskę”, zgodnie z planami, że dziś interwały, jutro siła biegowa a pojutrze jeszcze coś innego. Jestem w stanie zrozumieć, że ktoś przygotowujący się do zawodów ćwiczy wg takiego planu, ale tu wchodzimy na obszar pół/zawodowstwa a na tym obszarze, z hobby, sport zaczyna stawać się pracą, obowiązkiem do wykonania.
I to jest obszar, który omijam.

Sport, podobnie jak jedzenie i picie jest dla mnie przyjemnością. Wychodzę biegać, bo mam ochotę się oderwać, oczyścić głowę, zostawić za sobą cały codzienny syf. Gdy chcę to biegnę na wariata, gdy chcę to truchtam. Biegam tak, jak mnie poniesie i jak się światła na skrzyżowaniu ustawią. Nie wyobrażam sobie innego biegania, że ktoś miałby ingerować w moją przyjemność.
Zarzynanie się, by zrobić lepszy czas na maratonie jest dla mnie bez sensu -  bo co z tego, że zrobię jakiś zajebisty czas? Zaszpanuję kolegom? Poczuję się lepszy? Jasne, fajnie jest łamać swoje ograniczenia, bić własne rekordy – ale za jaką cenę? Jeśli mam bieganie traktować jako trzeci (po zawodowym i rodzicielskim) etat, jako kolejny punkt do odhaczenia, jako kolejny OBOWIĄZEK to… Dziękuję, postoję. Pobiegnę swoim tempem, dla przyjemności

Diety i plany są dla mnie nieprzydatne, ponieważ dużo ważniejsza, od osiągów, obwodów, poziomu tkanki tłuszczowej i cholera wie czego jeszcze, jest dla mnie przyjemność. Życie dorosłe niesie tyle obowiązków i ograniczeń, że nie rozumiem, dlaczego miałbym sobie robić dodatkowe ciśnienie. Na co? Po co? Dla kilku kg mniej? Dla kilku minut na dychę? Co to zmienia, czy pobiegnę w 51, czy w 48 minut? Że szybciej to znaczy lepiej?
Otóż nie.
Lepiej to znaczy przyjemniej. Bez ciśnienia. Bez napinki. Bez udowadniania sobie cholera wie czego.
To jest lepiej. Dla mnie.
A
Wy to jak tam sobie chcecie ;)


czwartek, 12 grudnia 2013

Poza klasyfikacją

Lubię się zatracić.
Cokolwiek robię, lubię robić to na maxa. Nie przemawia do mnie mozolna "praca u podstaw". Lubię rzeczy spektakularne, z hukiem - tylko wtedy czuję, że coś się dzieje naprawdę. W sporcie przekłada się to niechęć do treningów poukładanych, lekkich, regeneracyjnych, czy zwyczajnie dobrych. Nie. Dobry trening to taki, po którym czuję się wyżęty jak szmata do podłogi i trzęsą mi się ręce pod prysznicem.
Takie treningi lubię. Innych nie szanuję.
A to błąd.

Kontuzji łydki dorobiłem się brakiem umiaru. Każdy trening, na który wychodziłem musiał mieć "coś ekstra" - lepszy czas, większy dystans, trudniejsze warunki pogodowe, wariacka pora dnia - cokolwiek, byleby by to nie był "zwyczajny" bieg. Nie interesowały mnie "średnie" wyniki - zawsze musiało być wyjątkowo, zawsze coś więcej.
Świadomie ignorowałem ból.  "No pain, no gain" powtarzałem sobie w duchu. Naczytawszy się Scotta Jurka, czy Chrissie Wellington miałem w głowie obrazy ludzi, którzy biegli pomimo złamań, czy lejącej sie krwi. Wersję ekstremalną przyjąłem jako oczywistą, "że tak w tym sporcie jest", że nie ma miękkiej gry, że musi boleć. Więc bolało a ja ten ból ignorowałem - zlewałem się z nim i przestawało boleć.

Łokcia tenisisty dorobiłem się dokładnie w ten sam sposób. Nie mogąc biegać z powodu kontuzji nogi, całą energię przelałem na trening "góry".  Progres był nieprawdopodobny.  Pompki w staniu na rękach, setka podciągnięć - rzeczy, o których do tej pory mogłem pomarzyć nagle zaczęły mi wychodzić. Rozochocony robiłem benchmarki, TABATY, półtorejgodzinne sesje, w trakcie których doprowadzałem się na granicę zmęczenia - wszystko po to, by sprawdzić, czy nie dam rady jeszcze więcej.  Sprawdzanie, gdzie leży granica stało się moim nałogiem. Każdy, nawet najmniejszy progres dawał nieprawdopodobnego kopa. Samopoczucie i samoocena szybowały w stratosferę a ja chodziłem pijany nieustannym sukcesem.
Aż w końcu znalazłem tą granicę.

Najpierw byłem wściekły.
Później próbowałem to wszystko jakoś zracjonalizować.
Aż w końcu rozumiałem, gdzie był błąd.

Gdzieś tam wyczytałem, że "jesteś tak dobry, jak twój ostatni trening" i ponieważ brzmiało to nieźle, przyswoiłem to sobie bez głębszego zastanowienia.  Z radością wskoczyłem w błędną spiralę nakręcenia i niezadowolenia. Nakręcałem się, gdy coś mi wychodziło i wkurzałem, nie wtedy, gdy nie wychodziło (wtedy miałoby to jeszcze jakiś sens) ale wówczas, gdy robiłem normalny, solidny trening. Bo co to znaczy? Że jestem tylko solidny? Do cholery, nie chcę być solidny, chcę być zajebisty - więc na kolejnym treningu doprowadzałem się do skrajnego upodlenia i czułem się zajebiście.
Do czasu kolejnego "porządnego" treningu.

Założenie, że " jesteś tak dobry, jak twój ostatni trening" jest głupie. Totalnie głupie. Do imentu.
Jest to jeden z tych komunałów, które dobrze sprawdzają się w książkach, powiedzonkach, czy powtarzanych przez podwórkowych twardzieli sloganach, ale ni cholery nie przystają do codziennej praktyki. Bo w codziennej praktyce nie jesteś supermanem. Chodzisz do pracy, masz obowiązki, rodzinę, bywasz przemęczony, podatny na wahania ciśnienia - jest pierdylion czynników, które sprawiają, że nie wespniesz się na szczyt swoich możliwości.
I co, skoro nie możesz pobić rekordu, to znaczy, że nie ma sensu ćwiczyć? Że wolno deprecjonować swój wysiłek?

To jest tak durne, że aż się wierzyć nie chce, bo idąc tym tropem myślowym, skoro Rolling Stonesi wydali kilka słabszych albumów to są przeciętnym zespołem rockowym?
Znaczy się, że "Satisfaction", czy "Paint it black" są do wyrzucenia na śmietnik?
No bez żartów...

Moim ulubionym zawołaniem było "rozsądek jest dla mięczaków". Niestety, rozsądek jest dla tych, którzy chcą czerpać radość ze sportu. Jasne, zaraz ktoś przytoczy przykład (bodajże) Francuza, który codziennie robi ironMana, czy innej babki, która codziennie biega maraton. Fajne to i spektakularne, tylko, jakim kosztem? Póki co oboje są zdrowi, ale pamiętajmy, że "dopóty dzban wodę nosił..."

Mi też się wydawało, że jestem niezniszczalny, że progres będzie nieprzerwany, że nieustanne sprawdzanie swoich granic będzie uchodziło mi płazem (w końcu uchodziło przez tyle miesięcy) - aż okazało się, że dupa blada, że nie da się bez przerwy balansować po krawędzi, bo się któregoś dnia człowiek z niej zwyczajnie spieprzy.

Lekcja ostatnich miesięcy jest taka, że nie da się na dłuższą metę jeździć po bandzie. Najlepiej jest wypieprzyć wszystkie książki o bieganiu, zapomnieć wszystkie slogany, przestać nastawiać się na wyniki i zająć się czerpaniem przyjemności.
Przede wszystkim przestać robić sobie ciśnienie. Ciśnienie na efekty, rekordy, czasy, dystanse. Przestawić w głowie zakładkę "wyniki" na zakładkę "przyjemność" i nie uzależniać jednego od drugiego. Zapomnieć o opcji "lepszy/gorszy". Wypieprzyć całe wartościowanie, dzienniki treningowe, plany, ambicje.
 
Wyresetować to wszystko w pizdu i zacząć od nowa.
Dla zwykłej, czystej przyjemności.


środa, 11 grudnia 2013

Ile kosztuje kontuzja

Kontuzje zwykle kojarzą się z odstawką od sportu. Człowiek nagle dostaje szlaban na ulubioną aktywność i wydaje mu się, że gorzej być już nie może. Jest rozżalony i sfrustrowany - jak dziecko, któremu zabrano ulubioną zabawkę.
Kiedy przejdzie pierwsza fala złości, przychodzi pogodzenie się z faktem: ok, przeholowałem i muszę swoje odsiedzieć. Siada więc człowiek i czeka, czeka, cholera go od tego czekania bierze a kontuzja albo nie chce przejść, albo odnawia sie przy byle okazji. Wtedy zaczyna myśleć o pójściu do fachowca. Nie ortpedy-specjalisty od wszystkiego i niczego, tylko specjalisty z prawdziwego zdarzenia.
Prywatnie.

Gdy dorobiłem się łokcia tenisisty, specjalista od USG, który to zdiagnozował powiedział mi, że czekają mnie 2 miesiące odstawki od jakichkolwiek ćwiczeń siłowych na ręce. Troszkę mnie to podłamało, bo w połączeniu z kontuzją podudzia oznaczało to kompletne odstawienie od sportu. Aby przyspieszyć powrót na treningi postanowiłem pójść do fizjoterapeuty. Prywatnie, za kasę - bo  z ramienia prywatnej służby zdrowia czekałbym kilka miesięcy, zaś o państwowej nawet myśleć nie chciałem.

Na pierwszej wizycie, która w Warszawie kosztuje stówkę z hakiem, dowiaduję się, że są kontuzje, które nie przechodzą same z siebie. Ale jak to? Przecież ortopeda mówił, żeby nie uprawiać sportu, że powinno samo przejść. No mówił, mówił - ale to był ortopeda ogólny a nie lekarz sportowy - a ortopedzi ogólni są... "ogólni"  i "ogólnie" się znają.
"Jeśli wiesz, co chcę powiedzieć..."

Z okolicą łokcia problem jest taki, że jest słabo ukrwiona, a ponieważ krew dostarcza wszystkie składniki pomagające w regeneracji, składników tych jest tam mało i proces "samoczynnego" gojenia trwa około roku. ROKU ODSTAWKI OD SPORTU. Przyspieszyć ten proces można rehabilitacją, czyli masażami zwiększającymi ukrwienie  (czyli prowokowaniem większych dostaw "naturalnych surowców odbudowujących uszkodzenia"). Standardowy czas wspomaganego rehabilitacją powrotu do zdrowia to ok 1,5 miesiąca przy dwóch sesjach rehabilitacyjnych tygodniowo. Zakładając, że miesiąc to 4 tygodnie dostajemy 12 spotkań z rehabilitantem po ( w uśrednieniu) stówce sztuka czyli 1200zł samej reahabilitacji.
A to nie wszystko.

Do tego trzeba doliczyć koszt prywatnego USG, kompresów żelowych do robienia okładów, stabilizatorów na łokieć, wałków do masażu - wszystkiego razem uzbiera się jakieś półtorej kawałka.
Poza kasą doliczamy też dojazdy na reahabilitację -  czyli czas, którego jako rodzic mam wiecznie za mało oraz, koniec końców, furę związanych z tym nerwów, bo przecież poza rehabiltacją jest jeszcze praca, dom, dziecko, różne wydarzenia losowe -  i wszystko to trzeba jakoś pospinać do kupy.
I jeszcze wyspać się w międzyczasie.

Jak widać z powyższego, kontuzja jest sprawą zupełnie nieopłacalną.
Odebranie przyjemności z ćwiczenia, fura kasy wydana na leczenie - moim zdaniem to zdecydowanie zbyt wysoka cena, jak za kilka endorfinowych strzałów.
Niestety, nauka ta (jak każda solidna nauka w tych czasach) słono kosztuje.
Płać i płacz, ojciec.
Ojciec płać...