wtorek, 31 grudnia 2013

Przyjemność przede wszystkim

Święta  święta i po świętach. Standardowo – 3 kilo do przodu. Czy się staram, czy nie staram, czy kontroluję, czy nie kontroluję, bilans jest od lat zawsze ten sam. Trzy kilo. Potem jeszcze sylwestrowa bibka, noworoczny kac i jak się wszystko razem podsumuje to dochodzi człowiek do wniosku, że nie ma co się oszukiwać i męczyć, tylko poluzować tę dziurkę w pasku.
Się przytyło

Się przytyło bo się jadło. Jadło i piło więcej niż zwykle, sportu mniej niż zwykle uprawiało, wódeczki popiło, brzuniem do góry poleżało. No musiało się przytyć. Nie da rady inaczej.
I co z tego?
Dwa tygodnie i znów wszystko wróci do normy. Zacznie się nowy rok, wejdzie w koleiny starych przyzwyczajeń – i ani się człowiek obejrzy a będzie po staremu, choć rok nówka sztuka, ledwie śmignięty.

Podziwiam ludzi, którzy są w stanie trzymać się diety. Podziwiam, bo dla mnie to siła woli granicząca z masochizmem. Próbowałem nie raz i nie dwa – czasem coś mi się na głowę rzuci i postanawiam spróbować tej, czy innej diety. Trwa to kilka dni, tydzień góra. Zazwyczaj kończy się w piątek, gdy zamykając tydzień pracy skręcam do monopolowego po desperadosa, portera, czy flaszkę czegoś mocniejszego. Kończy się tydzień i kończy się dieta. Odcinam się od obowiązków, rozsądku i wszystkiego tego, co wiąże się z dorosłością.
Jest piątek wieczorem. Znów mam ‘naście lat i wszystko w dupie.
Anarchia po godzinach.

Nie zawsze trzeba czekać do piątku. Wystarczy, że w stołówce/barze zobaczę dewolaja z frytkami i buraczkami. Żegnaj dieto! Pieprz się dieto! Niby dlaczego mam żreć twarogi, czy inną soję, skoro mogę zjeść coś, co mi naprawdę smakuje? Co uwielbiam. Pyszne niezdrowe świństwo z głębokiego oleju.
Loff...

Niedługo mina dwa lata, jak biegam. Przez ten czas, raz, może dwa, zbliżyłem się do wymarzonej sylwetki, po czym z powrotem wracałem do opcji 80% satysfakcji -  bo knajpa, bo piwko, bo pyszne żarcie. Początkowo robiłem sobie z tego powodu wyrzuty, szczęśliwie z czasem zrozumiałem, że nie tędy droga. Że ściganie wymarzonej sylwetki jest bez sensu, że nawet, gdy ją dopędzę nie będę szczęśliwy, bo cena, jaką za nią zapłacę, odbierze mi całą radość zwycięstwa.
Bo ja zwyczajnie kocham jeść.
Po prostu.

Lubię naleśniki z głębokiego tłuszczu, pizze, tortille, dewolaje, fryty, sery smażone. Lubię to wszystko popić lodowatym porterem. Ba! W ogóle lubię popić. Lubię sobie pofolgować i poprawić to czymś słodkim. Sprawia mi to zwierzęcą, fizyczną przyjemność. Jest mi potem błogo, świat traci krawędzie. Wszystko staje się miękkie, przyjazne i pluszowe.
Kocham to.

Przepis na wymarzoną sylwetkę, o ile nie masz jakichś ultra-mega-w-kosmos-wywalonych genów jest prosty: dieta i ćwiczenia. Mówiąc krótko: Chcesz bosko wyglądać: zapieprzaj jak wściekły i trzymaj Gestapo w lodówce.
Kiedyś wydawało mi się, że jest droga na skróty – że wystarczy trenować jak wariat a będzie można jeść wszystko, na co ma się ochotę. Niestety, to tak nie działa. Owszem, kilogramy lecą ( do pewnego momentu ) ale sport uprawiany z myślą o kaloriach, motywacja w stylu “muszę pobiegać, żeby spalić obiad” to najszybszy sposób do obrzydzenia sobie wszystkiego, co ze sportem się wiąże. Wyjście z domu ma być frajdą, czasem resetu, chwilą tylko dla siebie a nie biczowaniem się za zjedzony posiłek. Taki sport szybko staje się karą i tylko czekać, aż go człowiek porzuci dla czegoś mniej dyskomfortowego (na przykład telewizora) albo zwyczajnie dostanie zajoba.

Próbowałem różnych diet i przepisów. Problem z nimi wszystkimi mam taki, że albo mi nie smakują, albo uważam je za przerost formy nad treścią. Wszystkie te wege-fiku-miku, czy modne w crossFicie paleo -  no nie dla mnie to. Nie szkoda mi zwierzątek -  sorry, taka ze mnie świnia – żrę mięso, noszę skórzany pasek, buty, kurtkę. Poza tym, a może przede wszystkim, lubię mięcho i nie widzę powodu, dla którego miałbym z niego zrezygnować

Co ma zatem zrobić człowiek, który lubi dobrze zjeść i wypić?
Przede wszystkim odpowiedzieć sobie na zasadnicze pytanie: “Po cholerę mi to?” Co mi to da, że w imię tego, czy owego będę sobie odbierał przyjemności, wpędzał w poczucie winy?
Czy to warte?”
Czy to, że mam 2-3 kg więcej zmienia coś w moim życiu. Czy to NAPRAWDĘ istotne? Czy warto sobie robić ciśnienie i siedząc pod presją ciągle mierzyć, czy to już, czy jeszcze nie?
Czy jest sens co raz gapić się na wagę i robić sobie z tego powodu wyrzuty sumienia?
Otóż nie.
Nie ma w tym żadnego sensu.
ŻADNEGO.

Podobnie rzecz ma się z planami treningowymi, których ni cholery trzymać się nie potrafię. Nie wyobrażam sobie biegania “pod kreskę”, zgodnie z planami, że dziś interwały, jutro siła biegowa a pojutrze jeszcze coś innego. Jestem w stanie zrozumieć, że ktoś przygotowujący się do zawodów ćwiczy wg takiego planu, ale tu wchodzimy na obszar pół/zawodowstwa a na tym obszarze, z hobby, sport zaczyna stawać się pracą, obowiązkiem do wykonania.
I to jest obszar, który omijam.

Sport, podobnie jak jedzenie i picie jest dla mnie przyjemnością. Wychodzę biegać, bo mam ochotę się oderwać, oczyścić głowę, zostawić za sobą cały codzienny syf. Gdy chcę to biegnę na wariata, gdy chcę to truchtam. Biegam tak, jak mnie poniesie i jak się światła na skrzyżowaniu ustawią. Nie wyobrażam sobie innego biegania, że ktoś miałby ingerować w moją przyjemność.
Zarzynanie się, by zrobić lepszy czas na maratonie jest dla mnie bez sensu -  bo co z tego, że zrobię jakiś zajebisty czas? Zaszpanuję kolegom? Poczuję się lepszy? Jasne, fajnie jest łamać swoje ograniczenia, bić własne rekordy – ale za jaką cenę? Jeśli mam bieganie traktować jako trzeci (po zawodowym i rodzicielskim) etat, jako kolejny punkt do odhaczenia, jako kolejny OBOWIĄZEK to… Dziękuję, postoję. Pobiegnę swoim tempem, dla przyjemności

Diety i plany są dla mnie nieprzydatne, ponieważ dużo ważniejsza, od osiągów, obwodów, poziomu tkanki tłuszczowej i cholera wie czego jeszcze, jest dla mnie przyjemność. Życie dorosłe niesie tyle obowiązków i ograniczeń, że nie rozumiem, dlaczego miałbym sobie robić dodatkowe ciśnienie. Na co? Po co? Dla kilku kg mniej? Dla kilku minut na dychę? Co to zmienia, czy pobiegnę w 51, czy w 48 minut? Że szybciej to znaczy lepiej?
Otóż nie.
Lepiej to znaczy przyjemniej. Bez ciśnienia. Bez napinki. Bez udowadniania sobie cholera wie czego.
To jest lepiej. Dla mnie.
A
Wy to jak tam sobie chcecie ;)


czwartek, 12 grudnia 2013

Poza klasyfikacją

Lubię się zatracić.
Cokolwiek robię, lubię robić to na maxa. Nie przemawia do mnie mozolna "praca u podstaw". Lubię rzeczy spektakularne, z hukiem - tylko wtedy czuję, że coś się dzieje naprawdę. W sporcie przekłada się to niechęć do treningów poukładanych, lekkich, regeneracyjnych, czy zwyczajnie dobrych. Nie. Dobry trening to taki, po którym czuję się wyżęty jak szmata do podłogi i trzęsą mi się ręce pod prysznicem.
Takie treningi lubię. Innych nie szanuję.
A to błąd.

Kontuzji łydki dorobiłem się brakiem umiaru. Każdy trening, na który wychodziłem musiał mieć "coś ekstra" - lepszy czas, większy dystans, trudniejsze warunki pogodowe, wariacka pora dnia - cokolwiek, byleby by to nie był "zwyczajny" bieg. Nie interesowały mnie "średnie" wyniki - zawsze musiało być wyjątkowo, zawsze coś więcej.
Świadomie ignorowałem ból.  "No pain, no gain" powtarzałem sobie w duchu. Naczytawszy się Scotta Jurka, czy Chrissie Wellington miałem w głowie obrazy ludzi, którzy biegli pomimo złamań, czy lejącej sie krwi. Wersję ekstremalną przyjąłem jako oczywistą, "że tak w tym sporcie jest", że nie ma miękkiej gry, że musi boleć. Więc bolało a ja ten ból ignorowałem - zlewałem się z nim i przestawało boleć.

Łokcia tenisisty dorobiłem się dokładnie w ten sam sposób. Nie mogąc biegać z powodu kontuzji nogi, całą energię przelałem na trening "góry".  Progres był nieprawdopodobny.  Pompki w staniu na rękach, setka podciągnięć - rzeczy, o których do tej pory mogłem pomarzyć nagle zaczęły mi wychodzić. Rozochocony robiłem benchmarki, TABATY, półtorejgodzinne sesje, w trakcie których doprowadzałem się na granicę zmęczenia - wszystko po to, by sprawdzić, czy nie dam rady jeszcze więcej.  Sprawdzanie, gdzie leży granica stało się moim nałogiem. Każdy, nawet najmniejszy progres dawał nieprawdopodobnego kopa. Samopoczucie i samoocena szybowały w stratosferę a ja chodziłem pijany nieustannym sukcesem.
Aż w końcu znalazłem tą granicę.

Najpierw byłem wściekły.
Później próbowałem to wszystko jakoś zracjonalizować.
Aż w końcu rozumiałem, gdzie był błąd.

Gdzieś tam wyczytałem, że "jesteś tak dobry, jak twój ostatni trening" i ponieważ brzmiało to nieźle, przyswoiłem to sobie bez głębszego zastanowienia.  Z radością wskoczyłem w błędną spiralę nakręcenia i niezadowolenia. Nakręcałem się, gdy coś mi wychodziło i wkurzałem, nie wtedy, gdy nie wychodziło (wtedy miałoby to jeszcze jakiś sens) ale wówczas, gdy robiłem normalny, solidny trening. Bo co to znaczy? Że jestem tylko solidny? Do cholery, nie chcę być solidny, chcę być zajebisty - więc na kolejnym treningu doprowadzałem się do skrajnego upodlenia i czułem się zajebiście.
Do czasu kolejnego "porządnego" treningu.

Założenie, że " jesteś tak dobry, jak twój ostatni trening" jest głupie. Totalnie głupie. Do imentu.
Jest to jeden z tych komunałów, które dobrze sprawdzają się w książkach, powiedzonkach, czy powtarzanych przez podwórkowych twardzieli sloganach, ale ni cholery nie przystają do codziennej praktyki. Bo w codziennej praktyce nie jesteś supermanem. Chodzisz do pracy, masz obowiązki, rodzinę, bywasz przemęczony, podatny na wahania ciśnienia - jest pierdylion czynników, które sprawiają, że nie wespniesz się na szczyt swoich możliwości.
I co, skoro nie możesz pobić rekordu, to znaczy, że nie ma sensu ćwiczyć? Że wolno deprecjonować swój wysiłek?

To jest tak durne, że aż się wierzyć nie chce, bo idąc tym tropem myślowym, skoro Rolling Stonesi wydali kilka słabszych albumów to są przeciętnym zespołem rockowym?
Znaczy się, że "Satisfaction", czy "Paint it black" są do wyrzucenia na śmietnik?
No bez żartów...

Moim ulubionym zawołaniem było "rozsądek jest dla mięczaków". Niestety, rozsądek jest dla tych, którzy chcą czerpać radość ze sportu. Jasne, zaraz ktoś przytoczy przykład (bodajże) Francuza, który codziennie robi ironMana, czy innej babki, która codziennie biega maraton. Fajne to i spektakularne, tylko, jakim kosztem? Póki co oboje są zdrowi, ale pamiętajmy, że "dopóty dzban wodę nosił..."

Mi też się wydawało, że jestem niezniszczalny, że progres będzie nieprzerwany, że nieustanne sprawdzanie swoich granic będzie uchodziło mi płazem (w końcu uchodziło przez tyle miesięcy) - aż okazało się, że dupa blada, że nie da się bez przerwy balansować po krawędzi, bo się któregoś dnia człowiek z niej zwyczajnie spieprzy.

Lekcja ostatnich miesięcy jest taka, że nie da się na dłuższą metę jeździć po bandzie. Najlepiej jest wypieprzyć wszystkie książki o bieganiu, zapomnieć wszystkie slogany, przestać nastawiać się na wyniki i zająć się czerpaniem przyjemności.
Przede wszystkim przestać robić sobie ciśnienie. Ciśnienie na efekty, rekordy, czasy, dystanse. Przestawić w głowie zakładkę "wyniki" na zakładkę "przyjemność" i nie uzależniać jednego od drugiego. Zapomnieć o opcji "lepszy/gorszy". Wypieprzyć całe wartościowanie, dzienniki treningowe, plany, ambicje.
 
Wyresetować to wszystko w pizdu i zacząć od nowa.
Dla zwykłej, czystej przyjemności.


środa, 11 grudnia 2013

Ile kosztuje kontuzja

Kontuzje zwykle kojarzą się z odstawką od sportu. Człowiek nagle dostaje szlaban na ulubioną aktywność i wydaje mu się, że gorzej być już nie może. Jest rozżalony i sfrustrowany - jak dziecko, któremu zabrano ulubioną zabawkę.
Kiedy przejdzie pierwsza fala złości, przychodzi pogodzenie się z faktem: ok, przeholowałem i muszę swoje odsiedzieć. Siada więc człowiek i czeka, czeka, cholera go od tego czekania bierze a kontuzja albo nie chce przejść, albo odnawia sie przy byle okazji. Wtedy zaczyna myśleć o pójściu do fachowca. Nie ortpedy-specjalisty od wszystkiego i niczego, tylko specjalisty z prawdziwego zdarzenia.
Prywatnie.

Gdy dorobiłem się łokcia tenisisty, specjalista od USG, który to zdiagnozował powiedział mi, że czekają mnie 2 miesiące odstawki od jakichkolwiek ćwiczeń siłowych na ręce. Troszkę mnie to podłamało, bo w połączeniu z kontuzją podudzia oznaczało to kompletne odstawienie od sportu. Aby przyspieszyć powrót na treningi postanowiłem pójść do fizjoterapeuty. Prywatnie, za kasę - bo  z ramienia prywatnej służby zdrowia czekałbym kilka miesięcy, zaś o państwowej nawet myśleć nie chciałem.

Na pierwszej wizycie, która w Warszawie kosztuje stówkę z hakiem, dowiaduję się, że są kontuzje, które nie przechodzą same z siebie. Ale jak to? Przecież ortopeda mówił, żeby nie uprawiać sportu, że powinno samo przejść. No mówił, mówił - ale to był ortopeda ogólny a nie lekarz sportowy - a ortopedzi ogólni są... "ogólni"  i "ogólnie" się znają.
"Jeśli wiesz, co chcę powiedzieć..."

Z okolicą łokcia problem jest taki, że jest słabo ukrwiona, a ponieważ krew dostarcza wszystkie składniki pomagające w regeneracji, składników tych jest tam mało i proces "samoczynnego" gojenia trwa około roku. ROKU ODSTAWKI OD SPORTU. Przyspieszyć ten proces można rehabilitacją, czyli masażami zwiększającymi ukrwienie  (czyli prowokowaniem większych dostaw "naturalnych surowców odbudowujących uszkodzenia"). Standardowy czas wspomaganego rehabilitacją powrotu do zdrowia to ok 1,5 miesiąca przy dwóch sesjach rehabilitacyjnych tygodniowo. Zakładając, że miesiąc to 4 tygodnie dostajemy 12 spotkań z rehabilitantem po ( w uśrednieniu) stówce sztuka czyli 1200zł samej reahabilitacji.
A to nie wszystko.

Do tego trzeba doliczyć koszt prywatnego USG, kompresów żelowych do robienia okładów, stabilizatorów na łokieć, wałków do masażu - wszystkiego razem uzbiera się jakieś półtorej kawałka.
Poza kasą doliczamy też dojazdy na reahabilitację -  czyli czas, którego jako rodzic mam wiecznie za mało oraz, koniec końców, furę związanych z tym nerwów, bo przecież poza rehabiltacją jest jeszcze praca, dom, dziecko, różne wydarzenia losowe -  i wszystko to trzeba jakoś pospinać do kupy.
I jeszcze wyspać się w międzyczasie.

Jak widać z powyższego, kontuzja jest sprawą zupełnie nieopłacalną.
Odebranie przyjemności z ćwiczenia, fura kasy wydana na leczenie - moim zdaniem to zdecydowanie zbyt wysoka cena, jak za kilka endorfinowych strzałów.
Niestety, nauka ta (jak każda solidna nauka w tych czasach) słono kosztuje.
Płać i płacz, ojciec.
Ojciec płać...


niedziela, 10 listopada 2013

O waleniu na bica i hodowaniu kurczaków

Na wstępnie zaznaczam że będzie to wpis subiektywny. Całe blogowanie jest subiektywne w opór, ale ten wpis będzie UBER subiektywny, ponieważ będzie o czymś, za czym nie przepadam - a mianowicie o siłowni i tzw "bodybuildngu". Na różnych siłowniach spędziłem łącznie jakieś 2 lata - nie za dużo, ale wystarczająco, by mieć podstawy do wyrobienia sobie opinii na temat całego siłownianego zjawiska.

Po co faceci chodzą na siłownię? Dokładnie po to samo, po co kobiety na fitness - żeby wyglądać dobrze. W rozumieniu faceta "dobrze" to szeroka klata, byczy kark i możliwie wielki biceps. Takie "dobrze" ma spełniać dwa zadania: być atrakcyjne dla samic (mniejsza o to, czy jest - w mniemaniu facetów jest, ale to inna bajka) oraz przekazać  innym facetom, bardzo istotną treść "nie podskakuj niuniek, bo w ryj dać mogę dać".
Takie są z grubsza powody pójścia na siłkę i walenia na bica.

Z pobudek tych nie ma co szydzić, bo wszyscy jesteśmy zwierzakami  i jaką byśmy się literaturą nie zasłaniali, w życiu chodzi o sprawy banalne -  być atrakcyjnym, mieć fajnego partnera/kę i w razie potrzeby móc oponentowi dać w pysk.
Rzeczy oczywiste, acz podstawowe.

Łatwo jest pójść na łatwiznę i szydzić z odwodnionych, nasterydowanych , wysmarowanych samoopalaczem koksowników, którzy prężą muskuły na sali  a w szatni wcierają kilogramy maści w obolałe stawy. Mi to nie przeszkadza - chcą się niszczyć - ich sprawa. W pewnym sensie nawet ich podziwiam, bo aby doprowadzić się do takiej ruiny trzeba mieć furę czasu i nieliche samozaparcie.
Ale nie w tym rzecz.

Tym, co nie podoba mi się w (nazwijmy to ładnie) bodybuildingu to jego niepraktyczność.
Jaka niepraktyczność - ktoś zapyta - przecież na siłowni buduje się siłę - a ta jest bardzo praktyczna!
Otóż nie.
Na siłowni nie buduje się siły.
Już tłumaczę, dlaczego

Każdy z nas widział stukilowego byczka, który na ławce ciśnie dwie stówy na klatę. Człowiekowi wydaje się, że to musi być paker nad pakery - ale wystarczy poprosić takiego, by się podciągnął piętnaście razy; ba, nawet dziesięć - i okazuje się, że ten nasz sztangowy koń, to nie ogier tylko zwykły "one trick pony". Owszem, gdyby przyszło dać w dziób, pewnie zabiłby jednym strzałem, ale z praktycznego punktu widzenia, mierząc siłę obiektywnie, taki byczek jest zwyczajnie słaby - bo nie jest w stanie podnieść swojego własnego ciężaru i  gdyby przyszło się mu uciekać przed rottweilerem,  wobec którego WSZYSCY jesteśmy słabi, to ani by on nie podbiegł do murku, ani się na nim nie podciągnął, ani na niego nie wskoczył -  skończyłby jako smakowity stukilowy rosbeff a psina miałaby taaaaakie wielgachne zatwardzenie.

Dlaczego sobie kpię ciśnięcia na klatę? Bo w moim przekonaniu jest to niepraktyczne i oszukane. 
Oszukane, ponieważ na klatę ciśnie się leżąc na ławeczce, gdy większa część ciała jest stabilizowana. Można mieć nogi jak zapałki, zanik mięśni brzucha - a swoje i tak się wyciśnie.  Jest to zresztą bardzo częsty widok na siłowni - klata jak miech, bicepsy jak wielkanocna szynka a nóżki takie, że człowiek się zastanawia, kiedy się toto przewróci pod własnym ciężarem.
Niepraktyczne - ponieważ w życiu rzadko kiedy wyciskamy coś leżąc na plecach. Prawdę mówiąc nie przychodzi mi do głowy życiowa sytuacja, w której wykonywałbym ruchy takie, jak przy wyciskaniu sztangi leżąc.
Sztuczny twór - ot co.

Prawdziwym miernikiem siły jest wg mnie trójbój siłowy, czyli klasyczna trójka rwanie-przysiad - podniesienie sztangi nad głowę. Zestaw ten, w odróżnieniu od różnych wyciskań i zabaw z maszynami, jest bezlitosnym sprawdzianem całego ciała - testuje kręgosłup, brzuch, nogi, ramiona, klatkę - dosłownie cały organizm. W trójboju niemożliwe jest posiadanie nierównomiernie rozwiniętych mięśni. Słabe nogi nie utrzymają ciężaru, słaby brzuch nie pozwoli poderwać sztangi, słabe ręce nie uniosą jej nad głowę. Istotne jest też to, że dzieje się to bez żadnej asekuracji - tak jak w życiu codziennym. Są nogi, jest błędnik, jest poczucie równowagi. Gdy cokolwiek z tego szwankuje - zawodnik pada a sztanga na niego...

Siłownia to maszyny. Maszyna na to, maszyna na tamto. Ruchy izolowane, by jak najszybciej rozwinąć dany mięsień. A co ze ścięgnami? Co z łączeniami tych mięśni. Nie ma nic. Stąd powszechny w siłownianych szatniach zapach maści ben gay, wpieprzanie środków przeciwbólowych, rwanie w stawach. Rozwijane w sposób izolowany mięśnie rozwijają się dużo szybciej niż stawy, a ponieważ ŻADEN ruch nie odbywa się bez użycia stawów, prędzej czy później zaczynają się problemy - bo co z tego, że bierzesz stówkę na klatę, kiedy biedne łokcie ledwie nadążają za 60tką?

W życiu żaden ruch nie angażuje mięśni w sposób izolowany. Organizm działa całościowo i nawet, gdy nie czujemy, że coś pracuje to w środku nas pracuje cała fura różnych mięśni. Pamiętam, jak wielkie było moje zdziwienie, gdy na pierwszych treningach crossfitu nie byłem w stanie podnieść stóp do drążka w zwisie. Ale jak to?! Stówę brzuszków robię bez problemu a tu nagle taka porażka! Odpowiedź jest banalna - przy brzuszkach pracuje tylko brzuch, a przy wznosach oprócz brzucha pracują ręce, które trzymają wszystko na drążku, mięśnie pleców, miednicy - wszystko na raz... Nagle się okazało, że pomimo trzaskania brzuszków jak wściekły jestem zwyczajnie słaby. Że gówno mi ta siłownia dała i w zasadzie zaczynam od zera.

Na siłowni są maszyny na wszystko - na łydki, na uda, na przedramię, na ramię, na biceps, na triceps -  tylko wszystkie one działają w sposób izolowany, nie uczą układu nerwowego, jak to wszystko pospinać  do kupy i zrobić z ciała zajebiście naoliwioną maszynę. Owszem, przy odrobinie koksu i samozaparcia można wyhodować sobie niezłą sylwetkę, ale jej walory są stricte estetyczne. No ok, można zadać szpanu, poderwać blacharę i w razie czego dać w pysk (jak stawy nie będą za bardzo bolały), ale wydolnościowo - lipa. Nie. Nie każmy takim pakerom biegać maratonów, nawet połówek. Nawet dychy niech nie biegają. Niech im się zepsuje winda w wieżowcu i niech wejdą na te swoje szóste piętro po schodach - stan przedzawałowy murowany!

Dobra, pokpiłem sobie z siłowni, ale skłamałbym, że nie lubię sportów siłowych - lubię i to bardzo.
Jak wspomniałem, szanuję trójbój, który jest dla mnie ostatecznym sprawdzianem siły. Może i strong many są bardziej widowiskowe, ale jeśli chodzi o ostateczny sprawdzian całościowej siły organizmu - trójbój jest tym, kim był Elvis dla rock&rolla.

Podziwiam też ludzi trenujących kalistenikę. Dwie stówy na klatę nie robią na mnie wielkiego wrażenia, za to pompki w staniu na jednej ręce - olbrzymie. Jest w nich i siła i równowaga. Pomijam już fakt, że ludzie ćwiczący kalistenikę nie wyglądają jak rzeźne wieprze, tylko normalni wysportowani faceci - estetyka kulturystów jest ich własnym wyborem. Siła w kalistenice jest naturalna  i płynna -  tam nie ma miejsca na słabe ogniwo. Siła, którą prezentują, jest siłą całego cała - mięśni, ścięgien, równowagi.
Oraz woli - bo ścięgien nie oszukasz kolejną dawką teścia, czy innego domięśniowo dawkowanego koksu. Tu działa tylko upór i mozolne budowanie formy dzień po dniu.

Trening na maszynach to trening oszukany. Weźmy takie ściąganie drążka do ramion - siada człowiek na zydelku, nogi blokuje na wałku, dzięki czemu ciężar nie poderwie go do góry i ściąga na barki te 50-60kg. podobnie jest z wyciskaniem na barki na maszynie - ciężar jest zablokowany na maszynie, nic nie buja na boki, jedne co trzeba robić to dymać góra-dół. Ten sam ciężar (powiedzmy 40kg) wzięty jako sztanga jest 1,5 raza cięższy, bo poza faktycznymi kilogramami w grę wchodzi utrzymanie równowagi oraz stabilizacja korpusu. Nagle okazuje się, że ćwiczenie na ramiona może rozwijać też stabilizatory kręgosłupa, brzuch, zmysł równowagi oraz poprawiać psychomotorykę całego organizmu.
Tego nie da żadna maszyna.

Największą przewagą treningu z ciężarami wolnymi nad maszynami fakt, że angażują całe grupy mięśni przyczyniając się do ogólnego wzrostu siły. Weźmy taki wymach kettlem - angażuje nogi (bo trzeba utrzymać równowagę całego ciała) brzuch oraz plecy (aby ruch wahadłowy ciężaru nie rozwalił kręgosłupa) ramiona i barki służące jako mechanizm zamachowy oraz ścięgna i stawy, które wszystkie te mięśnie spajają w jedno. Która maszyna na siłowni stymuluje tyle mięśni i funkcji na raz?
Jasne, wymach 24kg kettlem nie jest tak widowiskowy, jak wyciskanie stówy na ławeczce, ale w ogólnym rozrachunku, bije to wyciskanie na głowę, ponieważ uzyskana w ten sposób siła jest prawdziwa. Nie ma podparcia, stabilizacji. Wszystko, czym machniesz jest wynikiem pracy całego ciała. Cisnąc na maszynie testujesz tylko jedno ogniwo łańcucha siły. Ćwicząc ze sztangą czy kettlem testujesz ten łańcuch całościowo i jesteś tak silny, jak jego najsłabsze ogniwo.
Dlatego, jest to moim zdaniem siła prawdziwa a nie pozorna.

Nie przepadam za bodybuildingiem, ponieważ nie służy budowaniu sprawności organizmu, tylko wątpliwej estetyki. Jasne, Koksownik z osiedlowej siłki jest w stanie sprzedać plombę, po której następuje rozłączenie z rzeczywistością, ale jest to tępa siła, za którą płaci się bólem stawów i rozstrojem hormonalnym. Wraz siłą nie idzie w parze sprawność - jest jednowymiarowa.
Właśnie dlatego uważam, że siłownia to nie sport, tylko hodowanie kurczaków.


Siła, która mnie interesuje to siła funkcjonalna. Być na tyle sprawnym, by bez kłopotu wejść na dwumetrowy murek, wskoczyć na metrowy gzyms, podciągnąć się do okienka, przepłynąć dwa kilometry, przebiec dwadzieścia.  Podobają mi się treningi sił specjalnych (w których, warto zauważyć, ciężko jest znaleźć przypakowanych kolesi o posturze T72) - nie jest istotne, ile ciśniesz na bica, istotne jest to, co z tą siła potrafisz zrobić. Czy dasz radę maszerować cały dzień z 30kg plecakiem, czy dasz radę wspiąć się na drzewo, czy wciągniesz kolegę na ścianę, czy wciągniesz się po linie na drugie piętro.
To jest prawdziwa siła, a nie przewalanie żelastwa.

niedziela, 20 października 2013

O pożytkach z kontuzji

Nie biegam piąty tydzień. Drobna kontuzja wlecze się jak smród za pielgrzymką a przez to, że jest drobna i mało dokuczliwa, wyleczenie jej jest trudne i żmudne. Gdyby to było coś poważnego, sprawa byłaby jasna - siad płaski na dupę, zakaz jakiejkolwiek nożnej aktywności i cierpliwe czekanie, aż się zagoi. Tymczasem jest to taki ból - nie ból. Ćmi toto w nodze, brzęczy gdzieś tam w tle i stwarza złudne wrażenie, ze to nic poważnego - bo gdyby było poważne to by poważnie bolało. Prawda?

Wiedziony tą chłopską logiką, w ciągu ostatnich pięciu tygodni zrobiłem dychę po tartanie, ósemkę po osiedlowych chodnikach, dychę w "biegnij Warszawo", 60km na rowerze, parę tysięcy skakanek, paręset burpees. Po każdym z takich wybryków noga bolała trochę bardziej, ale po dwóch trzech dniach wracała do standardowego "ćmienia" dając złudne wrażenie, że to nic wielkiego, nic poważnego. Bo gdyby było poważne, to by poważnie bolało. Prawda?

Zirytowany tym przeciągającym się stanem pół kontuzji postanowiłem zrezygnować ze wszystkiego, co mogłoby nogę nadwyrężyć. Nie ma truchtania, skakania, roweru, kochanych burpeesów - nic nie ma, jak u Kononowicza. Tylko wchodzenie po schodach. No i drążek. I sztanga. I kółka gimnastyczne...

Przy całej swojej upierdliwości, kontuzja ta ma jedną zasadniczą zaletę. Dzięki przymusowej odsiadce na ławce rezerwowych mam czas na spokojnie usiąść i zastanowić się nad tym swoim bieganiem. Nie tam, żeby było nad czym przesadnie myśleć - bieganie jest tak proste, że aż banalne. Odsiadka pozwala spojrzeć na wszystko z dystansu, na chłodno - i jak się człowiek temu przez dłuższy czas poprzygląda, dochodzi do całkiem ciekawych wniosków.

Człowiek biegający, szczególnie taki świeży szczypior jak ja, który na co drugim treningu podnosi poprzeczkę, ma tendencję do nakręcania się. Szybciej, dalej, więcej kilometrów, więcej endorfin, więcej dumy i zadowolenia z siebie. Nie ma co się oszukiwać - uwielbiam to. Uwielbiam dokręcać śrubę, dobiegać do ściany i sprawdzać, co jest poza nią. Ile to razy mówiłem sobie w duchu "obejmij ten ból, zlej się z nim, przestań go czuć". Ile razy robiłem dodatkowe kilka km, żeby choć trochę podnieść poprzeczkę, żeby dobić do pełnej liczby, nie zostawiać ogryzków. Robiłem masę ryzykownych rzeczy, bo lubię to ryzyko.  Niby jest ta świadomość, że może skończyć się źle, ale skoro wczoraj się udało i przedwczoraj i tydzień temu i dwa i w zasadzie to non stop tak się udaje - to może i dziś się uda. Przecież nie dokręcam jakoś spektakularnie. Ot 10 sekund mniej na kilometr, pięć kilometrów więcej, niż zwykle. Przecież wysportowany jestem, dam radę, no bez żartów...

Teraz wiem, że z tym ryzykiem to trzeba uważać. Nie oszukujmy się - nie zacznę nagle biegać asekuracyjnie, bo to nie na mój charakter. Nauczyłem się, że skoro boli - to trzeba uważać. Bólu nie można ignorować, nie można się z nim zlewać - to wszystko jest fajne w książkach o Crissie Wellington, czy Scottie Jurku. Na co dzień, gdy boli, trzeba dać na luz, bo ból to czerwone światło ostrzegawcze. 
To w teorii. W praktyce jest to cholernie trudne. Dziś na crossFicie, rezygnując z ostatniego podrzutu sztangi zrobiłem pierwszy mały kroczek w tym kierunku. Podrzuciłbym, ale czułem, że jestem zmęczony, ćwiczę mało technicznie i niebezpiecznie przeginam plecy. Czy jedno powtórzenie warte jest rozpieprzenia pleców? Mało mi odsiadki z powodu łydki?
No i rzuciłem żelastwem na podłogę...

Z tymi książkami to też trzeba uważać. Naczyta się człowiek, nakręci, zapamięta tych ludzi, którzy biegli mimo krwi lejącej się po nogach... Fajnie, stylowo, jest szpan i bajerka, tylko... po kiego grzyba? Udowodnić coś sobie kosztem kilkumiesięcznej odsiadki? Byłem na obozie treningowym z babką, która popłakała się ze złości, bo jej ćwiczenie nie wychodziło. Wściekła się do białości, rzucała kurwami na lewo i prawo, bo przecież ona, wysportowana, instruktorka fitness i nagle coś jej nie wychodzi. Patrzyłem na nią z przerażeniem, bo w jej sporcie nie było radości; była jakaś maniakalna potrzeba udowodnienia cholera wie czego i cholera wie komu. Kto wie, może ona właśnie z tego czerpała swoją frajdę?

To nie jest dobra droga. Zarzynanie się mimo wszystko jest dobre dla zawodowych sportowców i tych, którzy koniecznie muszą coś komuś udowodnić. Żeby nie było - takie udowadnianie SOBIE to jest zajebista sprawa - nic nie daje takiego kopa jak przeskoczenie własnych ograniczeń. Recz w tym, by nie popaść w paranoję, nie złapać "progresywnego pierdolca" - że koniecznie codziennie musi być lepiej, szybciej, więcej. Taki pierdolczyk to nawet fajna rzecz, bo nakręca jak mało co. Problem w tym, że nakręca poza wszelkie granice. Dlatego trzeba go nieustannie kontrolować i temperować, żeby nie odebrał do końca rozumu.

Kontuzja studzi głowę. Biegając, człowiek jest w "kołowrocie" - nakręca się swoją aktywnością, stwarza sobie ciśnienie na czasy, kilometry, osiągi. Kontuzja pozwala przyhamować i spojrzeć na to wszystko nieco z boku.  Nagle okazuje się, że te wszystkie urwane sekundy, nabiegane kilometry są w zasadzie nieistotne. Całe to porównywanie, kto więcej, kto dalej, kto szybciej - to wszystko są rzeczy wtórne i drugoplanowe. Liczą sie przede wszystkim uwalniane w ruchu endorfiny.

Nie mogąc spożytkować energii na bieganie, kanalizuję ją na crossFicie. Efekty tej kanalizacji są widoczne nie tylko dla mnie, ale też dla ludzi postronnych. Ćwiczenia siłowe, które do niedawna były moją słaba stroną (ponieważ skupiałem się na wytrzymałości biegowej) nagle zaliczyły solidny progres. Jeszcze miesiąc temu siedem-osiem podciągnięć pod rząd to było wszystko, co dałem radę z siebie wycisnąć; teraz, bez większego problemu, robię około piętnastu. Podobnie rzecz ma się z pompkami na rękach, przysiadami jednonóż czy pracy ze sztangą. Siła poszła do przodu.

Maraton Wigry nauczył mnie, że w biegach przełajowych, poza kondycją liczy się też ogólne wysportowanie, ze szczególnym uwzględnieniem mięśni korpusu (brzuch, plecy) i jestem przekonany, że to, co wypracowuję w czasie "odsiadki", zwróci mi się z nawiązką. Patrząc z tej strony, kontuzja jest świetną okazją do nadrobienia tego, na co zazwyczaj nie ma czasu, czy siły. Żyłując się w trakcie biegów często gęsto nie miałem już siły na "core", że o rozciąganiu nie wspomnę. Kontuzja pozwala nagdonić braki oraz daje do zastanowienia, czy to przypadkiem nie z powodu tych braków (rozciąganie!) kibluję już ponad miesiąc.

Patrząc na chłodno, kontuzja wcale nie jest taka zła, jak ją sobie człowiek wyobraża. Owszem, jej podstawową wadą jest to, że odcina od przyjemności, jaką jest bieganie -i to odcina na długo. Z drugiej strony, jest świetną okazją do zastanowienia się, przeanalizowania błędów - a te popełniamy wszyscy, bez względu na czasy i wybiegane kilometry.

Jasne, gdybym mógł wybierać, wolałbym nie sponiewierać sobie łydki, wziąć udział w tych wszystkich opłaconych biegach, korzystać z pięknej jesiennej pogody biegając ile fabryka dała. Z drugiej strony wiem, że gdyby ta kontuzja nie dopadła mnie w tym konkretnym czasie, gdyby nie przeszło mi koło nosa kilka ważnych biegów, pewnie za bardzo bym się nią nie przejął - bo człowiek to takie zwierzę, że jak czegoś solidnie na dupie nie odczuje, niespecjalnie to do niego trafia. Żeby zapadło w pamięć - musi zaboleć.

Skłamałbym pisząc, że jestem zadowolony z tej kontuzji - o co to, to nie ;) Mam jednak świadomość, że to dzięki niej właśnie znalazłem czas na zastanowienie, zmianę nastawienia do biegania, spuszczenie ciśnienia z balonika z napisem "ambicja". Plan na zimę, bo zakładam, że do biegania wrócę gdzieś w listopadzie, to większe skupienie na tym, jak biegam a mniejsze na tym, ile.  Bez ciśnienia, bez żyłowania na czasy. Czysta biegowa frajda.


Taki jest plan; a co z niego wyjdzie - to się okaże, gdy endorfiny uderzą do głowy.
Pobiegamy - zobaczymy...

niedziela, 6 października 2013

Biegnij Warszawo 2013

W życiu nie widziałem takiego tłumu biegaczy...
Dość powiedzieć, że w momencie startu staliśmy jeszcze w kolejce do toi-toia, po czym zdążyliśmy zrobić swoje, dojść do pasa startowego i spędzić jakieś pięć minut w tempie procesyjnym do startu. Spodziewałem się, że będą tłumy, ale frekwencja przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Przez całą trasę, bite 10 km biegliśmy w tłumie tak gęstym, że były problemy z wyprzedzaniem, czy wymijaniem. Ponieważ do biegu podszedłem bez napinki na wynik, nie przeszkadzało mi to zbytnio, jeśli jednak ktoś nastawił się na robienie życiówki - czekała go nie licha frustracja.

W życiu też nie widziałem tylu ludzi nieprzygotowanych do biegu. Nie zdążyliśmy dobiec do Chełmskiej (czyli ok 1,5km)  a już pojawili się pierwszy maszerujący. Z czasem było ich co raz więcej a na piątym, czy szóstym kilometrze zobaczyłem pierwsza osobę ratowaną przez zespół medyczny. Z czasem minąłem jeszcze dwie a na koniec dowiedziałem się, że na mecie 30latek zszedł na zawał...

Dycha to bardzo zdradliwy dystans. Ludziom wydaje się, że dychę to każdy może przebiec; że dwie godziny to w zasadzie można ją przemaszerować. Jak widać nie każdy. Mijaliśmy rosłych facetów z solidną nadwagą, którzy ledwo dysząc człapali przed siebie. Kobiety, dziewczęta z biodrami jak kwiat żeglugi morskiej, które maszerowały od trzeciego kilometra. Rozumiem, że ludzie chcą coś sobie udowodnić, że chcą się sprawdzić, ale jeśli komuś przed połową dystansu zaczyna brakować sił, znaczy to tylko tyle, że zupełnie nie przygotował się do biegu i biorąc w nim udział zachowuje się po prostu głupio.

Bieg potraktowałem testowo - chciałem sprawdzić, jak zachowa się noga, która od czterech tygodni boryka się z lekką kontuzją. Trochę obawiałem się, czy nie wypadłem z formy, czy nie będzie niespodzianek...
Nic takiego. Okazało się, że formy nie traci się ot tak z tygodnia na tydzień. Biegło się lekko, rytmicznie, przyjemnie. Jedynym małym minusem była konieczność  biegu tempem rozgrzewkowym - a to z tej przyczyny, że biegłem w charakterze zająca-motywatora dla znajomej-znajomej, dla której był to pierwszy bieg w ogóle. Dziwnie się biegło... Nawykły do żyłowania ile fabryka dała musiałem co rusz hamować zapędy, ale udało mi się jakoś wejść w rytm. Inna kwestia to emocje ostatnich kilometrów, gdy prowadzi się człowieka na finisz, gdy wiesz, że to jego życiówka, największy dystans, najlepszy czas - jest w tym coś niesamowitego, gdy biegniesz, dopingujesz... "Ola, na pełnej kurwie, do wyrzygania!" - może nie jestem najlepiej wychowanym zającem, ale szczęście na twarzy Oli po przebiegnięciu mety pozwala mi wierzyć, że skutecznym ;)


Zadowolony jestem. Noga sprawdzona i jest lepiej niż było. Pierwsze szlify zającowskie zaliczone. Do tego pyszny kebab na rogu Niedpodległości i Odyńca - żyć nie umierać.
No i biegać. Nie spać. Biegać...

piątek, 4 października 2013

Jak zrobiłem 105 podciągnięć, czyli o braku rzeczy niemożliwych

Plan był banalnie prosty - sto podciągnięć na drążku. Każde puszczenie drążka to przerywnik w postaci dwadziestu brzuszków. Całość robiona bez przerw między ćwiczeniami.
Nauczony oświadczeniem wiedziałem, że każdy, pozornie prosty trening to wyżymaczka, co się zowie i lekko nie będzie (czy kiedykolwiek było?)
 Pikanterii dodawał jeszcze fakt, że w podciąganiu jestem zwyczajnie cienki.
Szykowało się sporo powtórzeń...

Na rozgrzewkę poszły trzy minuty skakanki, 50m chodzenia na czworaka, trochę rozciągania, 20 pompek i jeszcze 240 skakanek.  Po dziesięciu minutach byłem już solidnie spocony.

Pierwsze podciągnięcie poszło nieźle- 10 sztuk bez zadyszki. Drugie - znowu dycha. Trzecie - sześć - i tu zaczęła się równia pochyła. Od tej pory ciułałem po 5-6 podciągnięć - i z powrotem na podłogę dymać brzuszki. Do 66 doszedłem z jedenastoma "przerywnikami", ostatnie powtórzenia robiłem po 3-4 podciągnięcia, na kości ogonowej miałem już zdartą skórę od brzuszków. Dotarło do mnie, że chyba porwałem się z motyką na słońce. Odpuściłem.

Ale zaraz? Jak to odpuścić? Miała być stówa - będzie stówa. Nie mogę robić brzuszków, to w ramach przerywnika będzie 100 skakanek i 10 burpees. Co to za odpuszczanie? Z powrotem na drążek! Raus!
Trzy minuty przerwy i znowu ciułanie, po pięć, po siedem podciągnięć. Dzięki dłuższym przerywnikom ręce odpoczywały co nieco - więc i na drążku wychodziło z tego jedno, dwa podciągnięcia więcej. Zanim jednak dobiłem do setki zrobiłem 600 skakanek i 60 burpees. Po 57 minutach i 27 sekundach Zeskoczyłem z drążka po raz ostatni. Na liczniku miałem 105 podciągnięć. Byłem tyleż dumny, co skonany.

Ponieważ po przekroczeniu granicy umordowania jest mi z reguły wszystko jedno, postanowiłem dorżnąć się na nowym RIGu. Na pierwszy ogień poszły toes to bar (wznosy nóg nad głowę w zwisie na drążku) w konfiguracji 21-15-9 z minutową przerwą miedzy powtórzeniami. Drugim i kończącym akcentem było 40 pompek z nogami na boxie (60 cm).
Byłem tak skotłowany, że miałem problemy z umyciem się pod prysznicem...

Jestem dumny z dzisiejszego treningu. To, że zrobiłem te 105 podciągnięć, to mniejsze halo. Duże halo to fakt, że pomimo chwilowego załamania nie odpuściłem i krok po kroczku wykonałem założony plan. Nie było że boli, że zmęczenie. Siłą woli pokonałem opór organizmu i z tego jestem za-je-bi-ście dumny. Zyskałem kolejny argument w wewnętrznych rozmowach, kolejną ripostę dla wewnętrznego głosu, kolejny knebel dla rozsądku.

Gdy znowu poczuję, że nie dam rady będę mógł sobie uczciwie powiedzieć:  Co ty pieprzysz, ojciec? Jakie nie dam rady? Wtedy dałeś - to i teraz dasz! Dupa w troki i z powrotem na drążek.
Rozsądek jest dla mięczaków!



piątek, 27 września 2013

Jak nie pobiegłem maratonu warszawskiego ( i poznańskiego też)

Piątek wieczorem. Dwa dni do maratonu warszawskiego. Znajomi biegacze na ostatniej prostej - ładowanie węglem, wysypianie, szykowanie - a ja siedzę popijając rum z colą i limonką.
Nie biegnę.

Dziesiątki treningów, grube setki wybieganych kilometrów, kilka większych startów i... głupia kontuzja nie wiadomo skąd. Choć w zasadzie wiadomo. Nie oszczędzałem się, dawałem z siebie na maxa, polubownie traktowałem regenerację i w końcu organizm powiedział "dość". Co prawda w trakcie treningu nie czułem niczego niespotykanego, ból był taki, jaki zawsze jest przy dystansach 25+, ale gdzieś tam pod skórą zebrały się te mikrourazy, przeciążenia osiągnęły punkt krytyczny i ciach - pojawił się ból, który choć mały, od trzech tygodni nie chce przejść. Smarowałem toto, robiłem okłady z lodu, chodziłem w opasce kompresyjnej - wszystko na nic. Boli.
Nie jest to ból, który uniemożliwiałby bieganie - o co to, to nie - kilka razy nie usiedziałem na dupie i pobiegłem. Wiem jednak, że skoro nie przechodzi od trzech tygodni, to nie jest to jakiś tam sobie zwykły ból. Tam się naprawdę coś dzieje i nie ma co cwaniakować, bo może NAPRAWDĘ zacząć boleć.

Gdyby był to mój pierwszy maraton pobiegłbym bez zastanowienia. Emocje, ambicja -  to potworne siły i musiałbym chyba poruszać się o kulach, by nie pobiec swojego pierwszego maratonu. Ale jak to mawiają Angole "been there, done that" i wiem, że maraton, jakkolwiek może wydawać się banalny, bo teraz wszyscy biegają maratony, wcale nie jest takim hop-siup. To jest kawał zajebistego wysiłku. To jest wyzwanie dla zdrowego, wypoczętego organizmu. Bieganie z kontuzją, choć romantyczne i wpisujące się w konwencję sportowego poświęcenia mimo wszystko, jest --bardzo-- głupie. Nie romantyczne, nie lekko nieodpowiedzialne, nie z deka szalone, tylko najzwyczajniej w świecie głupie -  bo to najkrótsza droga do rozpieprzenia się na długie miesiące.

Cholera mnie bierze.
Znajomi się ekscytują, organizują, umawiają - a ja stoję na uboczu tego. Stoję, bo nie biegnę a kibicować nie umiem. Nigdy nie ekscytowało mnie oglądanie sportu, bycie widzem. Cokolwiek mnie kręciło - chciałem w tym uczestniczyć. Sport jara mnie jako forma łamania samego siebie, przekraczania ograniczeń, podnoszenia poprzeczki - to jest źródło moich endorfin. Nie wyobrażam sobie, że miałbym stać na poboczu i dopingować tych, którzy robią to, czego ja robić nie mogę, choć bardzo bym chciał. Chyba by mi serce pękło, albo pobiegłbym z nimi na wariata i skończyłoby się wielomiesięczną rekonwalescencją.
Rozumiem kibicowanie po biegu, gdy sam jestem już "po" i noszony adrenaliną dopinguję finiszujących znajomych. Jest w tym jakieś poczucie wspólnoty, jakiś pierwotny, plemienny rytualizm. Jesteśmy w tym razem. Razem się umordowaliśmy i razem świętujemy. Kibicowanie "na sucho"... nie wyobrażam sobie tego i prawdę mówiąc, nie chcę próbować. Nie chcę tam być. Nie chcę myśleć o tym, jak bardzo chciałbym razem z nimi pobiec, jak bardzo chciałbym zdychać po trzydziestym kilometrze, ciągnąć się nawzajem, motywować...A na końcu czuć tą zajebistą ulgę, to rozpieprzające głowę uderzenie endorfin, że to już, że udało się, że zrobiłem to.

Może i o to w tym wszystkim chodzi... By odsunąć się trochę na bok, by ochłonąć, nabrać dystansu i pokory. Może to jest właśnie ten moment? Może musi zaboleć?  Może trzeba stracić dwa ważne maratony, by usiąść na dupie i przemyśleć swoje podejście? Może to wcale nie jest takie głupie -  cofnąć się do biegania po kilka km i od nowa zbudować formę, tylko nieco spokojniej, nie na wariata.

A może to zwykły zbieg okoliczności, do którego próbuję dorobić ideologię, żeby jakoś to wszystko zracjonalizować, nadać sens.
Może po prostu za długo siedzę w domu i szukam  trzeciego dna w zwykłym  sygnale ostrzegawczym od organizmu? Może trzeba pójść na crossFit i pieprznąć dwieście burpees żeby się w głowie poukładało?
Oto są pytania na najbliższy czas.
Nie biegam - więc posiedzę i pomyślę.
Mam czas...

wtorek, 24 września 2013

święte krowy w leginsach

Od kilku dni biegowym środowiskiem wstrząsa oburzenie na buracko-cebulane zachowanie wilanowskich słoików, które to słoiki w napadzie egoizmu i totalnym braku zrozumienia dla sportowych emocji Warszawiaków zagroziły blokadą części trasy 35tego Maratonu Warszawskiego.
Histeria jest podobna do tej, która podnosi się przy jakiejkolwiek próbie rozmowy na temat Karola Wojtyły, czy Powstania Warszawskiego.
Biją naszych! Na koń! Za ojczyznę i nowe najki!

Cała rzecz rozbija się o to, że na kilka godzin zablokowana zostanie ulica Arbuzowa, która to ulica jest jedyną drogą dojazdową dla części mieszkańców. Innymi słowy, ludzie są uziemieni we własnych domach i jedyną opcją niedzielną jest kibicowanie albo spacer. Organizatorzy twierdzą, że wszystko było uzgodnione ze stosownymi służbami, administracjami  i  ja tym organizatorom wierzę. Rzecz w tym, że nikt tego nie uzgadniał z mieszkańcami...

Rozumiem wkurw mieszkańców Arbuzowej. Wziął człowiek  kredyt na grube lata, wypruwa się co miesiąc na  spłatę i nagle ktoś mu mówi, że nie wyjedzie w niedzielę z domu.
Ale zara, jak to? Jakim prawem ktoś mi mówi, że nie wyjadę w niedzielę z domu? Nie chodzi o to, że akurat w tą konkretną niedzielę zaplanowałem sobie pierdylion ultra- mega-ważnych spraw do załatwienia. Chodzi o to, że nikt mnie o zdanie nie zapytał. Zostałem potraktowany jak przemiot. Pasuje nam ta ulica -  to ją zablokujemy -pomyślał sobie urzędnik.  Nic dziwnego, że na tak bezduszne podejście do tematu  jeden z drugim się zirytował i powiedział: wy nas jak przedmioty -  to my was też! I chuj nas ten wasz maraton obchodzi! Nie liczycie się z nami - to my nie liczymy się z wami. Chcecie się bawić -  to się pobawimy...
I prawdę mówiąc, ja się takiemu podejściu wcale nie dziwię.
Ja je wręcz popieram.

Tak, jak lubię bieganie, tak nie znoszę głupoty. Głupota, brak pomyślunku budzą we mnie skrajną niechęć.  Jeżeli ktoś nie pomyślał - a moim zdaniem blokowanie jedynej drogi dojazdowej bez uzgodnienia z mieszkańcami jest bezmyślne - to choćby nosił na sobie cały outlet Asicsa, będzie baranem i nie będę go szanował. Po prostu.

Blokowanie drogi  na cztery godziny to pójście na łatwiznę. Przecież każdy wie, że biegacze nie będą tam przez bite cztery godziny cięgiem szurać w sznureczku jeden za drugim, tylko będą biegli falami. Co za problem postawić policjanta, który przyhamuje auto, gdy biegacze będą na drodze i puści, gdy zrobi się luźniej? Postawić po sztuce, na wjeździe i wyjeździe, niech się komunikują przez krótkofalówki, niech monitorują sytuację. Takie rozwiązania widziałem w Białymstoku, Krasnymstawie, na Wigrach - więc da się. Problem w tym, że się nie chciało, że się poszło po najmniejszej linii oporu. Bo po cholerę się wysilać, skoro można ludzi potraktować przedmiotowo?

Biegacze histeryzują, że to będzie hańba, blamaż i siara na świecie; jednocześnie sami nie przyjmują do głowy, że nie są świętymi krowami. Towarzystwo w lajkrach sprawia wrażenie, jakby było z innej gliny i całe miasto miało się do nich nagiąć. A ja się pytam z jakiej racji? Dlaczego w imię mojego pobiegania ktoś ma być udupiony na pół dnia? Skro płacę niemałe wpisowe za start, oczekuję, że organizator ruszy głową i pospina wszystko tak, by miało to ręce i nogi. Jak nie pospinał - to co? To, że jeden z drugim chce pobiegać, to znaczy, że można innych ludzi przestawiać jak meble?

Łatwo mi tak pisać, bo z okazji kontuzji nie pobiegnę w tegorocznym maratonie warszawskim ( a może pobiegnę? Zobaczę, jak będzie z samopoczuciem w piątek/sobotę) i nie będę się wściekał na wilanowskie arbuzy. Rzecz w tym, że to nie na mieszkańców Arbuzowej trzeba się wściekać, tylko na organizatorów, którzy poszli na łatwiznę i, nazwijmy rzecz po imieniu, w dupie mają ludzi, którym zablokują dojazd/wyjazd.

Ktoś odpowie "bo tak jest na całym świecie". A ja odpowiem, że w takim Białymstoku dało się to puścić wahadłowo. Dało się też puścić ludzi jednym pasem jezdni, podczas gdy drugim jeździły auta i nikt nie zginął. Jasne, jest różnica skali imprezy, ale do cholery, Arbuzowa to nie jest pierwszy kilometr, gdzie tysiące ludzi wali szeroką ławą. Arbuzowa to już druga połówka i stawka zdąży się solidnie rozciągnąć. Nikt mi nie powie, że jedynym wyjściem jest totalna blokada drogi na cztery godziny (najszybszy biegacz dotrze tam dopiero po gdzinie). Dupa a nie blokada! Chyba, że mówimy o blokadzie głowy...

Rozumiem przedmaratonową napinkę, rozumiem emocje, rozumiem konflikt interesów i  dogadywanie się z tysiącem służb. Nie rozumiem  zachowania a'la święta krowa i prawdę mówiąc mam nadzieję, że coś się jednak na tej Arbuzowej wydarzy.
Bo prawda jest taka, że dopiero gdy coś pierdolnie, to w końcu jeden z drugim się zastanowi i na przyszły rok pomyśli.
Gdy nie wydarzy się nic - za rok będzie tak samo. Tylko bardziej.



wtorek, 10 września 2013

Dlaczego każdy biegacz to dupek

Przeczytawszy na pewnym blogu, jak to biegacze są irytujący, jak wszystkich w około zanudzają swoim bieganiem, chwaleniem o bieganiu, rozmowami o bieganiu, o ciuchach do biegania, wyjazdach biegowych i ogólnie rzecz biorąc odmieniając bieganie przez zestaw słowników PWN, poczułem się troszeczkę wywołany do tablicy. Poczułem, że to o mnie, że ja tak mam - więc warto by napisać  kilka słów wyjaśnienia.

Tak, ględzę w kółko o bieganiu. Gdyby ktokolwiek zadał sobie nieco trudu i przeanalizował moje wpisy w facebooka okazałoby się, że bieganie to tak z 50% tego, o czym piszę, ale nie zagłębiajmy się w takie detale. Dla uproszczenia sprawy uznajmy, że o niczym innym nie piszę.
Wyjaśniwszy sobie tą kwestię fundamentalną przejdźmy do kwestii pośledniejszego sortu.

Dlaczego biegacz w kółko ględzi o bieganiu?

Otóż dlatego, że bieganie jest dla niego ważne, jest istotną częścią jego życia. Tak jak kibic o swojej ulubionej drużynie , kobieciarz o kobietach, kobiety o ciuchach i kosmetykach, te dzieciate o dzieciach, dzieci o grach komputerowych - tak biegacz gada o bieganiu, bo owo bieganie go kręci. Każdy mówi o tym, czym żyje. Przecież nie będzie mówił o tym, jak zapieprzał w pracy, dawał się pomiatać szefowi kutasinie, przepłacił na ubezpieczeniu i całej masie innych rzeczy, które go irytują!
Zaraz? Napisałem, że nie będzie?
Wróć!
Nie dotyczy Polaków.


Dlaczego biegacz musi spamować swoimi wynikami na fejsbuniu?

Otóż dlatego, że jest z nich dumny. Jeśli tego nie rozumiesz - załóż buty, strzel dychę na granicy wyrzygania i zobacz, czy gdy okaże się, że te głosy, które słyszałeś w swojej głowie to jednak nie są chóry anielskie, nie będziesz pękał z dumy. Czy nie będziesz chciał się tym pochwalić. Idę o zakład, że wszyscy się o tym dowiedzą. I bardzo dobrze! Dycha na granicy zgonu to wyczyn nie lada.

No tak, ale z drugiej strony - po jakiego grzyba się tak męczyć? Nie lepiej usiąść z browarkiem i coś obejrzeć w tivi? Tyle dobrego kabaretu na lokalnych stadionach mamy...

Jeśli pytasz, po co się tak męczyć to znaczy że kompletnie nic nie rozumiesz i, o ile nie masz jakichś hiper-mega genów, najpewniej wyhodowałeś już taki bębęn, że własnego ptaka ostatni raz widziałeś na zdjęciach z dzieciństwa - więc szkoda mojego pisania. I tak nic nie pojmiesz.

Biegacz postuje wyniki, żeby się pochwalić. Nie, nie tylko Tobie, chyba, że jesteś jego jedynym znajomym. Biegacz ma innych znajomych biegaczy i chwaląc się wynikami nakręca treningową spiralę. Ileż ja treningów pobiegłem, bo ktoś ze znajomych nakręcił mnie swoim wynikiem! Ba; biegać zacząłem, bo już cholery od tych postów na fejsbuku dostawałem! Już tak mnie wkurwiały, tak uwierały, tak mnie bolało, że znajomi coś robią a mnie bęben rośnie, że się wściekłem i pobiegłem.

Wróćmy jednak do sedna. Postowanie, poza nakręcaniem znajomych, jest przede wszystkim - powiedzmy to szczerze - chwaleniem się osiągnięciami.
I bardzo dobrze. W tej naszej skundlonej polskiej kulturze nie wychylania się, nie wywyższania, stania w równym szarym szeregu, biegacz jest jak ten wrzód na dupie. Odstaje i uwiera. Krzyczy "patrzcie, jaki kozak jestem. Mam siłę i samozaparcie do zrobienia czegoś z sobą, a wy nie - i dlatego was tak te moje posty irytują. Lenie jedne!"

I co? Teraz mi powiesz, że nic Cię te moje wyniki obchodzą?
Bzdura! Gdyby cię nie obchodziły, tobyś się nimi tak nie irytował.
Poza tym, ja bym się nie afiszował z nieumiejętnością filtrowania wiadomości na facebooku. Powaga. W tych czasach to prawie jak wtórny analfabetyzm.
Cholera.
Znowu nie dotyczy Polaków...

Dlaczego biegacz musi wyglądać jak pedał?

Pewnie dlatego, że każdy biegacz  to pedał!
No bo kto z własnej woli ubiera obcisłe gatki, koszulki, kurteczki w neonowych kolorach, buty jak dyskoteka w remizie? Wszyscy wiemy, jak ubiera się i wygląda "normalny facet" - na pewno nie jak pedał!

Dla tych, którzy mimo wszystko chcą coś z tego zrozumieć, śpieszę z wyjaśnieniem: otóż lajkry są zwyczajnie wygodne i minimalizują otarcia. Spocone ciało, wykonujące kilkadziesiąt tysięcy tych samych ruchów powoduje tarcie. Cholernie. Bolesne. Tarcie. Takie do krwi a czasem do mięsa wręcz.  Jeśli coś do ciała ściśle przylega - to się o nie nie ociera. O ile na dystansie pięciu kilometrów różnica będzie niezauważalna, o tyle na piętnastym odczuwa się ją bardzo dotkliwie. Wiem, o czym mówię, bo sam uważałem lajkrowe gatki za szczyt gejozy.
Do czasu aż zacząłem biegać dłuższe dystanse.

Ale czy nie można na te lajkry założyć jakichś szortów? Przecież to tak gejowo wygląda!
Jak wygląda - to się nie patrz. Nie będę zakładał dodatkowej warstwy ciuchów tylko dlatego, że jakiś zakompleksiony frustrat odczuwa jakiś dziwny niepokój na widok mojej chudej wysportowanej dupy. Jakbym miał obwisłą i spasioną to może bym rozważył taką opcję, ale w obecnej sytuacji -  mowy nie ma! Kto wie, może ta dupa rozświetli ponury dzień sfrustrowanej recepcjonistki w bezdusznym korpo. Może minąwszy tą dupę o poranku Pani Krysia z Sądu najwyższego wyda łagodniejszy wyrok?
Dupa może uratować komuś życie, zdajesz sobie z tego sprawę?

Dlaczego z biegaczem nie można się napić?

Ponieważ każdy mój wyjazd biegowy odbywa się z towarzyszeniem izotoników chmielowych, nie bardzo wiem, jak na to pytanie odpowiedzieć... Z biegaczem można się napić, zazwyczaj po treningu/ biegu, czy innej imprezie biegowej. Pewne kłopoty sprawia weekendowe zbetonowanie w klubie - a to dlatego, że weekend to czas długich wybiegań i mocniejszych treningów. W tygodniu z czasem i formą bywa różnie, dlatego grubsze treningi zostawia się na weekend. Bieganie po przepiciu... jest słabe - na siłę, na zmęczenie, wbrew rozsądkowi i ostatkiem sił. Poza tym, nie po to człowiek cały tydzień czeka na trening, żeby na nim dogorywać z powodu przepicia. Ale umiera się tylko jeden dzień - ktoś powie. Owszem, jeśli na drugi dzień nie planujesz niczego, poza oglądaniem TV. Jeśli jednak myślisz o zrobieniu 20-25km, poczujesz ten alkohol szybciej niż myślisz i będziesz umierać po wielokroć.

Biegacz pije wtedy, kiedy może. Okazji, jak u każdego, znajdzie się wiele - toteż trzeba ostrożnie wybierać i mierzyć siły na zamiary. Piwko po biegu -  bardzo chętnie -  ale bądźmy szczerzy, kto wychodzi z kolegami na JEDNO piwko? Jednym piwem to nie ma co ciśnienia podnosić i smaka robić. Po drugim chce się trzeciego a po trzecim...
Prawda jest taka, że jedno piwo z kolegami występuje w sześciopakach.
Na głowę.

Piwo to także 300 kalorii a 300 kalorii to pół godziny biegania. Ponieważ biegamy po to, by dobrze wyglądać, każde piwko to pół godziny zmęczenia wywalone psu w dupę.
Lubicie robić robotę, która jest męcząca, nikomu nie potrzebna i z góry wiadomo, że nic z niej nie będzie?
No, to bez głupich pytań, dlaczego z biegaczem nie idzie się umówić na melanżyk.

Dlaczego biegacze zapieprzają nie zwracając uwagi na innych ludzi, światła, samochody, samoloty, sputniki i przemarsz wojsk radzieckich?

A ty jesteś taki  porządny? Zwalniasz na pomarańczowym, parkujesz tylko w miejscach dozwolonych? Nie chodzisz po ścieżkach rowerowych?
No.
Prawda jest taka, że jak każdy sport masowy bieganie przyciąga też idiotów. Rzecz jasna, o rząd wielkości mniej, niż np piłka nożna, której kibice słyną z wysoce kulturalnych i racjonalnych zachowań, ale umówmy się, że nie równamy w dół.
No więc są debile wśród biegaczy. Jak wszędzie. Śmiem jednak twierdzić, że są mniej groźni od frustratów w samochodach, czy zapieprzających przed siebie niedzielnych rowerzystów na wynajętych rowerach. Dlaczego? Bo mają najwięcej do stracenia. W przypadku jakiejkolwiek kolizji, biegacz jest bez szans - więc siłą rzeczy, musi myśleć z wyprzedzeniem. Musi też myśleć perspektywicznie, bo byle złamanie, naciągnięcie, zerwanie, nie mówiąc już o spotkaniu z kierowcą, święcie przekonanym o tym, że WARUNKOWA strzałka do skrętu w prawo daje mu pierwszeństwo przejazdu, każda kontuzja to dla biegacza kilka miesięcy biegowego odwyku - a nie ma dla biegacza kary większej, nad niemożność biegania.

Dlaczego biegacze muszą blokować ulice?

A dlaczego muszą robić to kierowcy? Dlaczego w korkach tyle aut z tylko jednym pasażerem? Nie prościej byłoby pojechać autobusem/metrem/tramwajem? Bo co? Bo niewygodnie? Bo ludzie śmierdzą? Dlaczego w imię komfortu kierowców osobówek mają cierpieć ci, którzy jeżdżą komunikacją miejską?

Maratony organizowane są raz, góra dwa razy w roku w jednym mieście. Informacje o utrudnieniach dostępne są dużo wcześniej. Zatrzymanie ruchu ma miejsce w niedzielę, z reguły od  9 do 14. Miejsca, na których nie ma już biegaczy udostępniane są stopniowo w trakcie biegu - więc max czeka się pół godziny. Więc proszę mi tu nie brzęczeć, że niemożność pojechania do galerii handlowej, czy innego kościoła raz w cholernym roku to jakiś wielki dramat jest. Dzień w dzień stoimy w korkach i jakoś nikt z tego powodu scen nie robi, ale wystarczy raz do roku przyblokować kawałek miasta i zaczyna się miauczenie, jaka to wielka krzywda się dzieje.
No bez żartów...

Powodów, dla których każdy biegacz to dupek znalazłoby się pewnie więcej, ale już mi się pisać nie chce. Inna kwestia, że wedle współczesnych prawideł dziennikarskich nie należy czytelnika zamęczać zbyt długimi tekstami, bo się bidul gubi i wątek traci.


Polecam za to lekturę posta, który mnie do powyższego wpisu sprowokował.
Warto czasem spojrzeć na siebie w krzywym zwierciadle ;)

niedziela, 1 września 2013

Czy bieganie uzależnia (i dlaczego tak bardzo)?

Kilka tygodni temu zostałem poproszony o wypowiedź na temat biegania dla jednej ze stacji telewizyjnych. Co prawda stacja była z tych mniej poważnych (SuperStacja) a materiał kręcony był pod tezę, ponieważ jednak teza owa zbieżna jest z moją opinią na temat biegania, bez oporów powiedziałem, co na dany temat sądzę.
Pytanie brzmiało: "czy bieganie uzależnia"?

Odpowiedź jest prosta: otóż uzależnia jak jasna cholera. Tak samo jak wóda, prochy, papierochy, słodycze, seks i wszystko inne, co tylko może być dla człowieka nagrodą. Samo słowo "uzależnia" jest tu mocno niefortunne, ponieważ kojarzy się z czymś, czego nie potrafimy sobie odmówić; co odstawione powoduje duży dyskomfort. Biegacz na "odwyku", np w trakcie kontuzji nie wpada w delirkę, nie robi się agresywny, nie wychodzi biegać pomimo ewidentnych zaleceń lekarza - więc przykładając tą miarę ciężko nazwać go uzależnionym. Z drugiej jednak strony coś go ciągnie do tego wysiłku, coś go mimo upałów, deszczu, czy temperatur minusowych wygania na podwórko i każe gnać przed siebie. Ponieważ nie-biegaczom, lub szerzej nie-sportowcom ciężko jest to zrozumieć, najłatwiej jest to wrzucić do worka z uzależnieniami.
No bo kto normalny z własnej woli wstanie w pół do piątej rano, by przed pracą zrobić 15 kilometrów?

Na początek zadajmy sobie podstawowe pytanie: po co człowiek biega?
Otóż na początku biega po to, by lepiej wyglądać. Najlepiej widać to wiosną, szczególnie tą późniejszą, gdy zaczyna się globalna akcja "boska sylwetka last minute". Bieganie, szczególnie w swej początkowej fazie, to katorga, męczarnia i dobrowolne samobójstwo na raty. Nikt normalny nie wychodzi po całym dniu pracy tylko po to, by doprowadzić się do stanu krańcowego wycieńczenia. Normalny człowiek otwiera piwko/winko, odpala sobie jakiś film i spuszcza nagromadzone w ciągu całego dnia ciśnienie. Jeśli po dziesięciu/nastu godzinach wychodzisz zmęczyć się fizycznie to albo jesteś psychiczny, albo bardzo się sobie nie podobasz i desperacko chcesz to zmienić.
Ja wyszedłem biegać, ponieważ nie mogłem znieść swojego brzucha. Do tego kumpel wszedł mi na ambicję, bo biegał z jeszcze większym bębnem.
Taki był początek.

Pierwsze biegi są koszmarem, który znosi się tylko myślą o wynikach, o tym, jak zajebiście będzie się wyglądać, gdy uda się pozbyć tego, co przeszkadza, co było powodem do wyjścia z domu. Z czasem jednak pojawia się kolejny czynnik - mieszanina dumy i ambicji - bo oto nagle okazuje się, że już nie umierasz na drugim, czy trzecim kilometrze. Dystanse, które trzy tygodnie temu wydawały ci się równie abstrakcyjne co lot na Marsa, nagle są w zasięgu nóg. GPS w telefonie mówi ci, że na ostatnim treningu przebiegłeś 6km i  spaliłeś 400 kalorii. Całego pączka! Wiesz co to znaczy? To znaczy, że dokonałeś niemożliwego! Zrobiłeś coś, co wydawało się totalnie nieprawdopodobne. Pobiegłeś i nie umarłeś, choć umierałeś już tyle razy.
Wiesz co to znaczy?
To znaczy, że jesteś nieśmiertelny!

Granica nieśmiertelności to bardzo istotny moment, ponieważ od tej pory wpadasz w spiralę sprawdzania, ile mogę. Czy pobiegnę dalej? Dam radę dłużej? A może w upał? A może w deszcz? A może w mróz? A może o piątej rano? Ilość kombinacji jest przeogromna a ponieważ na każdym biegu można coś poprawić, zmienić, odkryć coś nowego, każde niemal wyjście kończy się poczuciem satysfakcji i zadowolenia. Każdy bieg niesie ze sobą nagrodę - wystarczy dać z siebie więcej i przyjemność będzie gwarantowana. Wszystko zależy od ciebie.

Po dwóch, trzech miesiącach dochodzi kolejny bodziec. Nawykłe do wysiłku ciało nie tylko wygląda lepiej, ale też "czuje się" lepiej. Codzienne aktywności typu podbiec do autobusu, zgiąć się, coś podnieść przestają być problemem. Pojawia się satysfakcja ze sprawności, ze świadomości, że gdy zajdzie potrzeba, możesz dać z siebie więcej. Czujesz się pewnej a przez to lepiej.

Mija trochę czasu i jak każda regularnie wykonywana czynność, bieganie wchodzi w krew. Już nie myślisz, po co biegasz, tylko zakładasz buty i wychodzisz - bo to oczywiste. Ludzie pytają cię, po co biegasz, a ty nie potrafisz im odpowiedzieć inaczej jak "a dlaczego ty NIE biegasz? Dlaczego siedzisz na dupie pracując na zawał z otłuszczenia? Weź wyjdź, poczuj jak to jest, gdy wpadasz w ten rytm, gdy zatracasz się w biegu, pracujesz jak dobrze utrzymana maszyna. Poczuj tą satysfakcję, poczuj tego endorfinowego kopa..."

Pierwszy start może nie idzie najlepiej, ale to uczucie płynięcia w wielotysięcznym tłumie zostaje w tobie na długo. Łapiesz smak prześcigania innych, ścigania się z samym sobą. Pamiętasz jak włosy stawały ci na sztorc, gdy kibice pozdrawiali was na trasie. Co prawda myślałeś, że zaraz umrzesz - ale przecież robiłeś to już tyle razy!  Teraz trzeba tylko mocniej przycisnąć, dać z siebie więcej i na kolejnym starcie będzie dużo lepiej.
Tylko od ciebie zależy, jaką nagrodę dostaniesz.

Nie pamiętam, gdzie zatarła się ta granica, ale dziś ciężko jest mi wyobrazić sobie życie bez sportu. Planując dni, myślę przede wszystkim, gdzie upcham jaki trening. Gdy kalendarz jest napięty - wstaję nad ranem, by choć trochę się poruszać. Gdy bolą nogi - trenuję co innego, byleby tylko nie siedzieć w miejscu. Dni regeneracyjne, tak bardzo potrzebne do prawidłowego funkcjonowania, robię sobie z rozsądku, żeby nie przegiąć, nie doprowadzić  organizmu do stanu, w którym powie "stary, przystanek na żądanie" - a nawet wtedy, tak jak dziś, myślę o tym, gdzie pobiegnę  następnego dnia.

Co mi dało/daje bieganie?
Przede wszystkim patrzę na siebie z coraz większym zadowoleniem, podobam się sam sobie. Znam swoje wady, mam swoje kompleksy, ale jest to niczym w porównaniu do dyskomfortu, jaki miałem ze sobą zanim zacząłem uprawiać sport. Bezpośrednim miernikiem tego sukcesu są spodnie, których kiedyś nie byłem w stanie zapiąć a dziś wymagają paska - w przeciwnym wypadku opadają zwisając na biodrach.
Prawdę mówiąc, do wymiany kwalifikuje się tak z pół szafy...

Czuję się sprawniejszy. Świadomość, że z miejsca, bez przygotowania jestem w stanie pobiec ponad 20 km robi mi bardzo dobrze na samopoczucie. Jestem dumny sam z siebie, że przełamałem swoje ograniczenia, pokonałem lenia, że robię coś ponad codzienny kołowrót praca/dom/komputer/telewizor.
Przełamanie fizyczne przekłada się też na psychikę - wiem, że skoro pobiegłem maraton, nie ma czegoś takiego jak "nie da się" - są tylko te rzeczy, których nie próbowałem, lub za mało się starałem.

Regularne uprawianie sportu sprawia, że czuję się lepiej. Bez względu na to, czy właśnie padła życiówka i adrenalina urywa mi głowę, czy też był to zwykły trening na utrzymanie kondycji, organizm dostaje swoją porcję endorfin. Jeśli jest to rano - jestem pozytywnie nakręcony na resztę dnia. Jeśli jest to wieczór - w biegu czyszczę głowę z nagromadzonych śmieci i zasypiam z poczuciem dobrze zakończonego dnia. W obu przypadkach czuję się lepiej, jak po dobrym, ciepłym prysznicu.

Bieganie, choć jak każdy sport kontuzjogenne, nie niszczy organizmu i psychiki tak, jak alkohol. Nie zezwierzęca, nie upadla. Owszem, czasem po biegu czujesz się jak kłębek bólu, czasem nie możesz ustać na nogach i masz problemy z artykulacją słów - ale to przechodzi po pięciu minutach. Zamiast kaca masz zakwasy, ale w końcowym rezultacie nie niszczą one twojego ciała, lecz są cegiełką, z których budujesz formę.
Sportowy wysiłek, w odróżnieniu od wódy, fajek, czy prochów, czyni cię silniejszym.

Odstawienie od sportu nie wpędza w delirkę, nie czyni agresywnym. Jeśli już, to raczej wpędza w dołek - jak każda przymusowo odstawiona przyjemność. Nie ma jednak mowy o napadach szału, głodach, agresji. Biegowe uzależnienie jest absolutnie nieszkodliwe dla otoczenia.

Bieganie, jeśli czerpiesz z niego przyjemność, uzależnia. Nie jest to jednak uzależnienie w potocznym tego słowa rozumieniu. Nazwałbym to "miękkim" uzależnieniem - takim, którego chcesz, a nie takim, któremu musisz się poddać. Odstawienie biegania na tydzień, czy dwa w przypadku urlopu nie stanowi problemu. Owszem, będzie tego brakować, najpewniej zrekompensuję to sobie pływaniem, rowerem, czy spacerami po lesie, ale jedynym efektem chwilowego odstawienia będzie jeszcze większa przyjemność z biegu po powrocie.

Porównując biegowe profity do tych, które dostaje np. alkoholik, jak na dłoni widać, że mechanizm jest ten sam. Tak samo, jak po wódzie, po biegu czuję się lepiej, rośnie mi samoocena, problemy zdają się znikać. Podobnie, jak alkoholik, gdy mam chwilę wolnego, kombinuję, gdzie tu wyjść się poruszać; planuję biegi, treningi, myślę o startach, sprawdzam imprezy biegowe...

Mam na imię Krzysztof i jestem endorfinoholikiem.


środa, 28 sierpnia 2013

Drugi Półmaraton Chmielakowy, Krasnystaw 2013

"Słuchaj, a może wziąłbyś samochód i zabrał dziewczyny? Nie musielibyście kombinować z dojazdem tylko pojechali jak ludzie, wyspali się."
Zaraz zaraz... Moja żona sugeruje bym wziął auto i pojechał w drugi koniec Polski na hotelowy nocleg z trzema kobitkami?
Dla upewnienia pytam jeszcze raz i drugi.
Nie, to w cale mi się nie śni.

Zaczęło się od małej obsuwy. Mieliśmy wystartować o 18tej, ale żonie coś się w pracy przeciągnęło (jak to w piątek) i koniec końców wyruszyliśmy z półgodzinnym opóźnieniem. Na drogach czuć było wakacje, bo w korkach wyjazdowych spędziliśmy jakieś 30, może 40 minut - jak na Warszawę to tyle, co nic.

Do Krasnystawu (krasnego stawu? Ni cholery nie wiem, jak brzmi forma poprawna) przyjechaliśmy po 22giej. Stacja, Tesco, winko, piwko, ploty, żarty śmichy-chichy i ani się człowiek obejrzał a była pierwsza w nocy.
Budzik zadzwonił o 5:55...



Po odbiór pakietów pojechaliśmy jeszcze przed śniadaniem. Byliśmy jednymi z pierwszych, bo wolontariusze siedzieli jeszcze mocno zaspani.  Nie jestem pewien, co wywołało większe zdziwienie, czy wchodzące w skład pakietu puszkowane tyskie, czy podwójny numer startowy - jeden z chipem, do zwrotu a drugi bez chipa, pamiątkowy.
Po raz kolejny też okazało się, że rozmiarówka koszulek to jedna wielka loteria. Zamówiona męska M-ka okazała się mieć rozmiar L-ki. Na pocieszenie w pakiecie był jeszcze jogurt i paluszki. W sumie to nawet logiczny był ten pakiet - paluszki do piwa a jogurt na jutrzejszego kaca.
Ktoś tu jednak pomyślał :)



Na rynek przybiegamy ok 30 minut przed startem. Spotykamy Roberta, trochę plotkujemy, obserwujemy budzące się stanowiska z piwem. Pogoda jest idealna - jakieś 15 stopni + lekkie zachmurzenie.  Życiówki wiszą w powietrzu.

Bieg rozpoczyna się z przyczajki. Niby stoimy już w tłumie, niby zegarki pokazują, że to już za moment, ale zupełnie nie czuć tej przedbiegowej atmosfery. Nie ma zapowiedzi, nie ma lecącej z głośników muzyczki, nie ma podjarki - ot, stoi sobie kilkuset biegaczy na rynku.
Nagle masa zaczyna się ruszać. Powoli, ociężale - a więc to już, czas odpalić GPS. Biegniemy.



Ruszamy z kopyta. Od pierwszych metrów GPS oscyluje w okolicach 4:50 - 5:10. Mocne tempo jak na start, ale nie ma jak zwolnić, bo wszyscy wokół tak biegną. Pierwszy kilometr, drugi, trzeci - nikt nie myśli zwalniać - okazuje się, że wszyscy od razu weszli w tempo docelowe. Czwarty, piąty - nadal tym samym tempem. W końcu zwalniam do 5:30, bo 5min/km to okolice mojego maxa  a to dopiero 1/4 dystansu. Kiepsko na psychikę robi mi fakt, że non stop ktoś mnie wyprzedza, ale biegnę swoje. W planach jest biec 5:30 do 15km a potem cała naprzód.

Pierwszy kryzys przychodzi wraz z podbiegiem w okolicach dziewiątego km. Tempo spada do 6 z kawałkiem i po raz pierwszy w życiu słyszę głosy w stylu "stary, po cholerę ci to bieganie?". Że co proszę!?! Bo tak! Dupa w troki i do przodu leniu cholerny! Po to dymałeś przez pół Polski żeby teraz durne pytania zadawać? Jazda przed siebie! Migusiem!
Wciągam pół batonika, popijam izo i gdy tylko zaczyna się płaskie, dociskam tempo. Jest nieźle - na dziesiątym km zegarek pokazuje 54minuty a jeszcze dwa tygodnie temu była to moja życiówka na dychę! Dostaję kopa i lecę przed siebie. Głosy zostały gdzieś z tyłu, na podbiegu...

Około 12km porywam wodę na punkcie i dalej przed siebie. Na piętnastym zegarek pokazuje 1h22min - jak uda mi się utrzymać to tempo to wykręcę życióweczkę  jak marzenie. Kończy mi się woda, ale zaraz powinien być punkt. Powinien, ale nie ma. Za to kończy się las i zaczyna podbieg po asfalcie. Temperatura podskoczyła powyżej 20 stopni - to czuć. Zwalniam, żeby się nie spalić przed ostatnim nawodnieniem, tym bardziej, że ból w nogach zaczyna robić się coraz bardziej nieprzyjemny. Biegnę, biegnę a punktu z wodą jak nie ma tak nie ma. Szesnasty kilometr, siedemnasty...  Zjadłem kawałek batonika i mam wiór w ustach. No gdzie jest ta cholerna woda? W końcu jest, na osiemnastym, do tego strażacy postawili coś w stylu kurtyny wodnej, czyli wąż tryskający wodą z niedokręconego zaworu. Popijam, polewam się, ale czuję, że jak ze mnie to już wszystko. Zjadł mnie ten podbieg z brakiem wody. Do tego ból w nogach zrobił się nieznośny. To tyle w temacie życiówki, teraz celem jest zmieścić się z dwóch godzinach - przecież nie może być gorzej, niż na majowej białostockiej połówce!



Ostatnie 3km to walka ze stricte fizycznym zmęczeniem. Żadnych głosów, żadnego zwątpienia, czyste zmęczenie i galareta z czworogłowych. Zwężam oczy i staram się trzymać rytm. Na uszach slipnkot, na ustach grymas bólu. GPS pokazuje, że to ostatni kilometr, ale nie odważam się przyspieszać. Na trasie rozrzut pomiędzy odczytem GPS a oznaczeniami wynosił średnio pół kilometra. Nie wiem, ile będę w stanie wydusić z siebie na finiszu - więc biegnę asekurancko. Dopiero, gdy zagęszczają się kibicie, gdy widzę wracających z naprzeciwka biegaczy przyduszam ostatkiem sił, ale to już pudrowanie trupa; bardziej odruch, niż jakikolwiek gest walki. Na walkę był czas przez ostatnią godzinę i 58 minut.
Teraz to już pozamiatane.
1:57:57

Wynik bez szału, ale przynajmniej bica podpompowałem

Idziemy na makaron. Lokal, do którego prowadzi nas Robert budzi we mnie lekkie obawy - bardziej wygląda to na kilkugwiazdkowy hotel, niż restaurację. W środku elegancja-francja. Kelnerka przynosi kartę - zaglądam i oczom nie wierzę. Co za ceny!  Za obiad dla pięciu osób, do tego napitki, kawki i herbatki płacimy 94zł. Dziewięćdziesiąt cztery złote! Przy samym rynku!




Festiwal chmielu trwa w najlepsze. Cały rynek obstawiony stoiskami browarów, gdzie się człowiek nie obróci - wszędzie piwo.  Tyskie, Pilsner urquell, Perła - te omijam, bo mam je pod blokiem. Interesują mnie te małe, lokalne, często kompletnie nieznane.  Na razie mogę sobie tylko popatrzeć, ponieważ czeka mnie kilkugodzinna sesja za kółkiem. Robię więc zapasy - piwko tu, piwko tam. Zapełniony Karton przynoszę dziewczętom, które na leżaczkach popijają wiśniowego portera i wracam do obchodu stoisk. Jedna reklamówka, druga. Nie liczę wydawanych pieniędzy, zastanawiam się tylko, jak my to wszystko dotaszczymy do samochodu.


Centrum rynku obstawione jest stoiskami z piwem a na jego obrzeżach trwa rasowy festyn. Są stragany z muzyką disco polo, odzież skórzana, biżuteria, obrazy, wędliny litewskie, wódki regionalne. Jak to na festynie - szwarc, mydło i powidło. Jakby kto poszukał pewnie i baba z brodą by się znalazła. Popiwszy piwka ruszamy w te bogactwo na ostatnie zakupy. Kupuję trofiejki do domu i chwilę po piętnastej ruszamy do Warszawy z gorącym przekonaniem, że za rok trzeba tu koniecznie przyjechać na dłużej.



O ile towarzysko wyjazd uważam za bardzo udany, o tyle sportowo mam po nim pewien niesmak. Robiłem sobie spore nadzieje, liczyłem na więcej a wyszło, jak wyszło - czyli słabo, a już na pewno poniżej oczekiwań.
Główną przyczyną takiego wyniku było zmęczenie organizmu. Zwykłem żartować, że życiówki na dychę robię wtedy, gdy jestem zmęczony - i faktycznie - pierwsze 10 km poszło mi bardzo dobrze. W zasadzie do piętnastego biegłem tak, jak to sobie założyłem, dopiero później, gdy zbrakło wody i zaczęły się podbiegi, dało o sobie znać zwykłe wymęczenie organizmu, który nie podołał trudniejszemu etapowi. W ciągu tygodnia przed chmielakami zrobiłem maraton, dwie dychy ( w tym jedna z nową życiówką) podwójny crossFit. O ile pary wystarczyło mi na pierwszą dychę z hakiem, o tyle na drugiej zapaliła się rezerwa. Teraz już wiem, że pobiec można zawsze, ale jeśli myśli się o wyniku, trzeba dać sobie odpocząć.

Każdy ma takiego zająca, na jakiego zasłużył


Jest to lekcja bolesna, ale jestem z niej zadowolony. Przed dwie godziny biegłem ze średnim tętnem 181, co w moim przypadku jest wartością graniczną. Skoro jestem w stanie zmusić się do takiego wysiłku, muszę tylko zadbać o wypoczynek i droga poniżej 1h50min stoi otworem.

Obsada biegu była bardzo mocna. 1/4 uczestników przybiegła z czasem poniżej godziny czterdzieści. Ponad połowa zmieściła się w godzinie pięćdziesiąt. Zwycięzca przybiegł z czasem 1h12min.
To pokazuje, że na trasie nie było miękkiej gry.

Nasze dwa harpagany.
Ola: 1h42, Robert: 1h43.

Organizacyjnie było...średnio. W Białymstoku była rozgrzewka prowadzona przez dziewczynę z (bodaj) BBL, AC/DC z głośników (Thunderstruck!), strzelający burmistrz - a w Krasnymstawie bieg zaczął się ni z gruszki ni z pietruszki. Kto wie, może coś było tylko ja nie słyszałem? Jeśli tak, trzeba pomyśleć o lepszym nagłośnieniu.



Poprawić trzeba też oznaczenia kilometrów. O ile kierunek trasy nie pozostawiał złudzeń ( były znaki, policja, wszystko, co trzeba) o tyle kilometry pojawiały się o 400-600 metrów za wcześnie, zaś od osiemnastego kilometra w ogóle ich nie widziałem, choć wypatrywałem jak zbawienia.

Dla wielu atrakcją było dostępne po biegu piwo. Ponieważ tego dnia prowadziłem, atrakcja mnie ominęła. Z drugiej strony, piwo z plastikowego kubeczka to bardziej profanacja, niż atrakcja ;)






O ile sam bieg to nic specjalnego, o tyle towarzyszący mu festiwal piwa to wystarczający powód do odwiedzenia Krasnegostawu za rok. Pobiegać, popić regionalnego piwka, smacznie zjeść za grosze - nie wiem, jak dla innych, ale dla mnie to idealny plan weekendowy.
Do zrealizowania za rok.
Koniecznie.