Nie biegam piąty tydzień. Drobna kontuzja wlecze się jak
smród za pielgrzymką a przez to, że jest drobna i mało dokuczliwa, wyleczenie
jej jest trudne i żmudne. Gdyby to było coś poważnego, sprawa byłaby jasna - siad
płaski na dupę, zakaz jakiejkolwiek nożnej aktywności i cierpliwe czekanie, aż
się zagoi. Tymczasem jest to taki ból - nie ból. Ćmi toto w nodze, brzęczy
gdzieś tam w tle i stwarza złudne wrażenie, ze to nic poważnego - bo gdyby było
poważne to by poważnie bolało. Prawda?
Wiedziony tą chłopską logiką, w ciągu ostatnich pięciu
tygodni zrobiłem dychę po tartanie, ósemkę po osiedlowych chodnikach, dychę w
"biegnij Warszawo", 60km na rowerze, parę tysięcy skakanek, paręset
burpees. Po każdym z takich wybryków noga bolała trochę bardziej, ale po dwóch
trzech dniach wracała do standardowego "ćmienia" dając złudne
wrażenie, że to nic wielkiego, nic poważnego. Bo gdyby było poważne, to by
poważnie bolało. Prawda?
Zirytowany tym przeciągającym się stanem pół kontuzji
postanowiłem zrezygnować ze wszystkiego, co mogłoby nogę nadwyrężyć. Nie ma
truchtania, skakania, roweru, kochanych burpeesów - nic nie ma, jak u
Kononowicza. Tylko wchodzenie po schodach. No i drążek. I sztanga. I kółka
gimnastyczne...
Przy całej swojej upierdliwości, kontuzja ta ma jedną
zasadniczą zaletę. Dzięki przymusowej odsiadce na ławce rezerwowych mam czas na
spokojnie usiąść i zastanowić się nad tym swoim bieganiem. Nie tam, żeby było
nad czym przesadnie myśleć - bieganie jest tak proste, że aż banalne. Odsiadka
pozwala spojrzeć na wszystko z dystansu, na chłodno - i jak się człowiek temu
przez dłuższy czas poprzygląda, dochodzi do całkiem ciekawych wniosków.
Człowiek biegający, szczególnie taki świeży szczypior jak
ja, który na co drugim treningu podnosi poprzeczkę, ma tendencję do nakręcania
się. Szybciej, dalej, więcej kilometrów, więcej endorfin, więcej dumy i
zadowolenia z siebie. Nie ma co się oszukiwać - uwielbiam to. Uwielbiam dokręcać
śrubę, dobiegać do ściany i sprawdzać, co jest poza nią. Ile to razy mówiłem
sobie w duchu "obejmij ten ból, zlej się z nim, przestań go czuć".
Ile razy robiłem dodatkowe kilka km, żeby choć trochę podnieść poprzeczkę, żeby
dobić do pełnej liczby, nie zostawiać ogryzków. Robiłem masę ryzykownych
rzeczy, bo lubię to ryzyko. Niby jest ta
świadomość, że może skończyć się źle, ale skoro wczoraj się udało i
przedwczoraj i tydzień temu i dwa i w zasadzie to non stop tak się udaje - to
może i dziś się uda. Przecież nie dokręcam jakoś spektakularnie. Ot 10 sekund
mniej na kilometr, pięć kilometrów więcej, niż zwykle. Przecież wysportowany
jestem, dam radę, no bez żartów...
Teraz wiem, że z tym ryzykiem to trzeba uważać. Nie
oszukujmy się - nie zacznę nagle biegać asekuracyjnie, bo to nie na mój
charakter. Nauczyłem się, że skoro boli - to trzeba uważać. Bólu nie można
ignorować, nie można się z nim zlewać - to wszystko jest fajne w książkach o
Crissie Wellington, czy Scottie Jurku. Na co dzień, gdy boli, trzeba dać na
luz, bo ból to czerwone światło ostrzegawcze.
To w teorii. W praktyce jest to cholernie trudne. Dziś na crossFicie,
rezygnując z ostatniego podrzutu sztangi zrobiłem pierwszy mały kroczek w tym
kierunku. Podrzuciłbym, ale czułem, że jestem zmęczony, ćwiczę mało technicznie
i niebezpiecznie przeginam plecy. Czy jedno powtórzenie warte jest
rozpieprzenia pleców? Mało mi odsiadki z powodu łydki?
No i rzuciłem żelastwem na podłogę...
No i rzuciłem żelastwem na podłogę...
Z tymi książkami to też trzeba uważać. Naczyta się człowiek,
nakręci, zapamięta tych ludzi, którzy biegli mimo krwi lejącej się po nogach...
Fajnie, stylowo, jest szpan i bajerka, tylko... po kiego grzyba? Udowodnić coś
sobie kosztem kilkumiesięcznej odsiadki? Byłem na obozie treningowym z babką,
która popłakała się ze złości, bo jej ćwiczenie nie wychodziło. Wściekła się do
białości, rzucała kurwami na lewo i prawo, bo przecież ona, wysportowana, instruktorka
fitness i nagle coś jej nie wychodzi. Patrzyłem na nią z przerażeniem, bo w jej
sporcie nie było radości; była jakaś maniakalna potrzeba udowodnienia cholera
wie czego i cholera wie komu. Kto wie, może ona właśnie z tego czerpała swoją
frajdę?
To nie jest dobra droga. Zarzynanie się mimo wszystko jest
dobre dla zawodowych sportowców i tych, którzy koniecznie muszą coś komuś
udowodnić. Żeby nie było - takie udowadnianie SOBIE to jest zajebista sprawa -
nic nie daje takiego kopa jak przeskoczenie własnych ograniczeń. Recz w tym, by
nie popaść w paranoję, nie złapać "progresywnego pierdolca" - że
koniecznie codziennie musi być lepiej, szybciej, więcej. Taki pierdolczyk to
nawet fajna rzecz, bo nakręca jak mało co. Problem w tym, że nakręca poza
wszelkie granice. Dlatego trzeba go nieustannie kontrolować i temperować, żeby
nie odebrał do końca rozumu.
Kontuzja studzi głowę. Biegając, człowiek jest w
"kołowrocie" - nakręca się swoją aktywnością, stwarza sobie ciśnienie
na czasy, kilometry, osiągi. Kontuzja pozwala przyhamować i spojrzeć na to
wszystko nieco z boku. Nagle okazuje
się, że te wszystkie urwane sekundy, nabiegane kilometry są w zasadzie
nieistotne. Całe to porównywanie, kto więcej, kto dalej, kto szybciej - to
wszystko są rzeczy wtórne i drugoplanowe. Liczą sie przede wszystkim uwalniane w
ruchu endorfiny.
Nie mogąc spożytkować energii na bieganie, kanalizuję ją na
crossFicie. Efekty tej kanalizacji są widoczne nie tylko dla mnie, ale też dla
ludzi postronnych. Ćwiczenia siłowe, które do niedawna były moją słaba stroną
(ponieważ skupiałem się na wytrzymałości biegowej) nagle zaliczyły solidny
progres. Jeszcze miesiąc temu siedem-osiem podciągnięć pod rząd to było
wszystko, co dałem radę z siebie wycisnąć; teraz, bez większego problemu, robię
około piętnastu. Podobnie rzecz ma się z pompkami na rękach, przysiadami
jednonóż czy pracy ze sztangą. Siła poszła do przodu.
Maraton Wigry nauczył mnie, że w biegach przełajowych, poza
kondycją liczy się też ogólne wysportowanie, ze szczególnym uwzględnieniem
mięśni korpusu (brzuch, plecy) i jestem przekonany, że to, co wypracowuję w
czasie "odsiadki", zwróci mi się z nawiązką. Patrząc z tej strony,
kontuzja jest świetną okazją do nadrobienia tego, na co zazwyczaj nie ma czasu,
czy siły. Żyłując się w trakcie biegów często gęsto nie miałem już siły na "core",
że o rozciąganiu nie wspomnę. Kontuzja pozwala nagdonić braki oraz daje do
zastanowienia, czy to przypadkiem nie z powodu tych braków (rozciąganie!) kibluję
już ponad miesiąc.
Patrząc na chłodno, kontuzja wcale nie jest taka zła, jak ją
sobie człowiek wyobraża. Owszem, jej podstawową wadą jest to, że odcina od
przyjemności, jaką jest bieganie -i to odcina na długo. Z drugiej strony, jest
świetną okazją do zastanowienia się, przeanalizowania błędów - a te popełniamy
wszyscy, bez względu na czasy i wybiegane kilometry.
Jasne, gdybym mógł wybierać, wolałbym nie sponiewierać sobie
łydki, wziąć udział w tych wszystkich opłaconych biegach, korzystać z pięknej
jesiennej pogody biegając ile fabryka dała. Z drugiej strony wiem, że gdyby ta
kontuzja nie dopadła mnie w tym konkretnym czasie, gdyby nie przeszło mi koło
nosa kilka ważnych biegów, pewnie za bardzo bym się nią nie przejął - bo
człowiek to takie zwierzę, że jak czegoś solidnie na dupie nie odczuje,
niespecjalnie to do niego trafia. Żeby zapadło w pamięć - musi zaboleć.
Skłamałbym pisząc, że jestem zadowolony z tej kontuzji - o
co to, to nie ;) Mam jednak świadomość, że to dzięki niej właśnie znalazłem
czas na zastanowienie, zmianę nastawienia do biegania, spuszczenie ciśnienia z
balonika z napisem "ambicja". Plan na zimę, bo zakładam, że do
biegania wrócę gdzieś w listopadzie, to większe skupienie na tym, jak biegam a
mniejsze na tym, ile. Bez ciśnienia, bez
żyłowania na czasy. Czysta biegowa frajda.
Taki jest plan; a co z niego wyjdzie - to się okaże, gdy endorfiny
uderzą do głowy.
Pobiegamy - zobaczymy...
Pobiegamy - zobaczymy...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz