Wystarczy wyjrzeć za okno, by przekonać się, że biega chyba
wszystko, co ma nogi. Na chodnikach i ścieżkach biegowych jest czasem tak
tłoczno, że problemem staje się ominięcie, czy wyprzedzenie drugiej (trzeciej,
piątej, n-tej) osoby. Las Kabacki w weekendy jest zatłoczony niczym w boże
ciało. Dochodzi do tego, że aby pobiegać w spokoju trzeba wstawać wcześnie
rano, ponieważ zgodnie z nazwą pewnego portalu, Polska biega.
W realu.
W realu.
Do tej mody biegowej mam stosunek mocno ambiwalentny. Z
jednej strony cieszy mnie, że ludzie wychodzą, ruszają się, że walczą z sadłem
i o kondycję. Z drugiej zaś zwyczajnie wkurzam się widząc te tłumy na ścieżkach,
bo mam wrażenie, że wychodząc na trening biorę udział w jakiejś imprezie
masowej. Bieganie przestało być formą aktywności a zaczyna być formą lansu,
produktem popkultury, czymś, co po prostu wypada/modnie jest zrobić.
I mierzi mnie to.
I mierzi mnie to.
Można i trzeba postawić pytanie "a co ci to przeszkadza?
Niech sobie biegają, na zdrowie".
Przeszkadza mi to, że "moja" aktywność, moja forma walki z samym sobą robi się masowa. Że jak każda masowa aktywność przyciąga masę sezonowych przygłupów, które biegają nie zwracając uwagi na innych i stwarzają zagrożenie na chodnikach. Oczywiście, jest to mój problem nie ich - bo każdy ma prawo do biegania, ale mierzi mnie to i kropka. Mierzi, bo kiedy widzę, że "moją" walkę uprawiają wszyscy dookoła (choć tak naprawdę to jest ich walka, bo to oni się pocą), to gdzieś mi się to zaczyna rozmywać. Owszem, dalej mam frajdę z biegania, dalej bije się sam ze sobą, ale rozwadnia mi się gdzieś ten "bonus". Biegając przez okrągły rok czułem sie lepszy, bo robiłem coś, na co większość nie miała siły/samozaparcia - i nagle wiosną okazało się, że nie jestem samotnym fajterem, tylko częścią mody, fragmentem pospolitego ruszenia.
Przeszkadza mi to, że "moja" aktywność, moja forma walki z samym sobą robi się masowa. Że jak każda masowa aktywność przyciąga masę sezonowych przygłupów, które biegają nie zwracając uwagi na innych i stwarzają zagrożenie na chodnikach. Oczywiście, jest to mój problem nie ich - bo każdy ma prawo do biegania, ale mierzi mnie to i kropka. Mierzi, bo kiedy widzę, że "moją" walkę uprawiają wszyscy dookoła (choć tak naprawdę to jest ich walka, bo to oni się pocą), to gdzieś mi się to zaczyna rozmywać. Owszem, dalej mam frajdę z biegania, dalej bije się sam ze sobą, ale rozwadnia mi się gdzieś ten "bonus". Biegając przez okrągły rok czułem sie lepszy, bo robiłem coś, na co większość nie miała siły/samozaparcia - i nagle wiosną okazało się, że nie jestem samotnym fajterem, tylko częścią mody, fragmentem pospolitego ruszenia.
Biegać zacząłem w marcu 2012 podpuszczony wynikami
znajomych. Zwyczajnie pozazdrościłem, ambicja zagrała i postanowiłem, że skoro
oni - to i ja. Szybko uzależniłem się od strzału endorfin i bólu w mięśniach.
Duma, którą czułem z każdym podniesionym dystansem, czy szybszym tempem była
nie do opisania. Czułem się zajebiście sam ze sobą oraz -
powiedzmy to uczciwie - lepszy od innych, tych, którzy nie robią nic.
Lubiłem (i nadal lubię) ten klimat walki, to szykowanie się do wyjścia na
mordęgę z samym sobą. I nagle okazuje się, że pół polski tak wychodzi, że to
już nie walka, tylko fragment mody. Czuję się jak muzyk grunge z po sukcesie
"Nevermind" Nirvany - jeszcze
wczoraj krzyczałem, jak mi na tym świecie źle a dziś krzyczą tak wszystkie
stacje muzyczne i dzieciaki z gimnazjum.
Ktoś mi wziął i podpieprzył mój
bunt...
Nie podoba mi się propagowanie sportu, te wszystkie
pięciokilometrówki z dwugodzinnym limitem czasu, biegi rodzinne itp. Chciałbym
aby bieg nie był czymś, do czego "się zachęca" tylko tym, do czego
człowiek dochodzi, bo chce coś ze sobą zrobić. Chciałbym aby niósł element
wyzwania, walki, bólu - żebym wiedział, że mijany po drodze biegacz/ka morduje
się tak samo, jak ja bo gdzieś w środku jest fajterem a nie lanserem. Chciałbym
poczuć tą niemą więź z kimś, kto zaciska zęby i zapieprza, choć rozsądek mu
puka od środka głowy.
Wiem. To kompletnie irracjonalne. Przecież nie biegam dla
innych, tylko dla siebie.
A mimo to wkurzam się. Wkurzam jak dziecko, któremu wydawało się, że robi coś specjalnego, coś wyjątkowego, które czuło z tego dumę, po czym dowiedziało się, że robią tak wszyscy dookoła. Czy to deprecjonuje mój wysiłek? W żadnym wypadku! Dalej uparcie robię to, co daje mi endorfinowego kopa, nadal podnoszę poprzeczkę. Wciąż ścigam się sam ze sobą.
Tylko wkurza mnie, że podczas tego wyścigu muszę non stop kogoś omijać ;)
A mimo to wkurzam się. Wkurzam jak dziecko, któremu wydawało się, że robi coś specjalnego, coś wyjątkowego, które czuło z tego dumę, po czym dowiedziało się, że robią tak wszyscy dookoła. Czy to deprecjonuje mój wysiłek? W żadnym wypadku! Dalej uparcie robię to, co daje mi endorfinowego kopa, nadal podnoszę poprzeczkę. Wciąż ścigam się sam ze sobą.
Tylko wkurza mnie, że podczas tego wyścigu muszę non stop kogoś omijać ;)
























