42 to dla każdego biegacza
liczba magiczna. Czterdzieste drugie urodziny, 195-ty dzień roku – tego nie
dało się uczcić inaczej, jak wspólnym biegiem. Nazwa - Roberton - wzięła się od imienia jubilata, głównego organizatora i kierownika całego zamieszania.
Założenie było tak proste, jak samo bieganie - robimy pętle dookoła Lasu Kabackiego. Pętla ma 10 km i każdy biegnie tyle kółek, ile czuje się na siłach.
Założenie było tak proste, jak samo bieganie - robimy pętle dookoła Lasu Kabackiego. Pętla ma 10 km i każdy biegnie tyle kółek, ile czuje się na siłach.
Pod wiatą od strony ul. Moczydłowskiej urządziliśmy
biuro zawodów, które przechrzciłem na zajezdnię. Ilość picia i jedzenia, którą
przygotowaliśmy na okoliczność biegu zaskoczyła wszystkich. Absolutnym
zwycięzcą w tej kategorii okazała się Hania, która przywiozła min. dwa
osiemnastokilogramowe kartony bananów. Do tego były ciasta, placki, batoniki,
kilka kartonów czekolady, zgrzewki wody. Fura żarcia, której - to było jasne od samego początku – nie
przejemy.
Zajezdnia była cały czas pod czujnym okiem tych, którzy danego dnia nie biegali - więc bez obaw można było na niej
zostawić torby, plecaki i wszystko to, co niezbędne, a co tylko przeszkadzałoby
w trakcie biegu
Od samego początku wiedziałem, że robię pełny dystans. Plan był prosty
pobiec maraton. Zniszczyć, skotłować. Sprawdzić, ile to całe bieganie jest
warte. Trasę znałem jak własną kieszeń -
w końcu to moje ścieżki treningowe -
wiedziałem, że czekają mnie cztery kółka z małym hakiem. Wielokrotnie
przebiegałem je tak w myślach jak i nogami. Znałem punkty orientacyjne,
wiedziałem czego się spodziewać. Żadnych niespodzianek.
Niespodziankę natomiast zgotowała nam pogoda. O ile
przez cały tydzień były piękne, lipcowe temperatury w okolicach 30 stopni, o
tyle w nocy z soboty na niedzielę spadł deszcz, który lał i lał i lał... Byłem
przekonany, że Las Kabacki zmieni się w jedno wielkie jezioro, a skończyło się
na kilku większych kałużach, które bez problemu dawało się ominąć. Dzięki
nocnej ulewie temperatura spadła do ok 20 stopni. Do tego lekki chłodek, drzewa
dawały cień - warunki do biegania zrobiły się idealne.
9-ta z minutami start. Plan jest prosty: co 10 km cukier, non stop woda i ciągłe monitorowanie wydolności organizmu.
Pierwsza dycha to śmichy-chichy, fiu-bźdźiu i Monika, której gadulstwo umila nam czas, Robert mąką oznacza główne zakręty na trasie. Pies biega, my żartujemy – atmosfera jest mocno piknikowa.
Pierwsza dycha to śmichy-chichy, fiu-bźdźiu i Monika, której gadulstwo umila nam czas, Robert mąką oznacza główne zakręty na trasie. Pies biega, my żartujemy – atmosfera jest mocno piknikowa.
Po godzinie wpadamy na "zajezdnię" - szybki
cukier banany, czekolada, woda i dalej w trasę. Druga dycha pęka niezauważona.
Znowu czekolada, woda i... pierwsze oznaki zmęczenia. Nie odpuszczamy jednak i
wracamy na ścieżkę. Pierwsza piątka
idzie bajecznie, ale tak od 26 tego
zaczyna się odzywać zmęczenie. U wszystkich, tylko nie u Moniki - ta gada jak najęta -
ale jest to jak zbawienie; człowiek
biegnie, słucha i nie wie gdzie kilometry uciekają.
Mokre spodenki przyklejają się do nóg. Odklejam je i
widzę osadzającą się na udach sól. Słona piana - jak na plaży – śmieję się do siebie. Znowu
zajezdnia cukier, woda... Ale już nie tak jak na starcie. Już piasek w
mięśniach, już zmęczenie - mimo to napieramy.
Czwartą dychę zaczynam z
przytupem podpinając się pod Roberta i Hanię. Oboje są duuużo bardziej ode mnie
doświadczonymi biegaczami, ich tempo konwersacyjne to dla mnie spory wysiłek,
ale staram się dotrzymać im kroku.
Gdzieś na 32gim km Robert namawia mnie na 45. "No
co to jest, przecież i tak przebiegniesz 42 -
więc co to za różnica? Z rozpędu to zrobisz..." Chwilowo daje się ponieść i przez kilka km odliczam dystans nie do 42 a do
45. W końcu co to są te 3 km
więcej?
Wg większości poradników biegowych na 34/35
km powinna być ściana; powinna a nie ma. Coś podejrzanie dobrze mi idzie.
Owszem, jest zmęczenie, ale to nic specjalnego, zwykłe wysiłkowe zmęczenie. Regularnie się nawadniam, dostarczam cukru, żeby
było na czym jechać - kryzys
energetyczny nie ma racji bytu.
Psychika też dopisuje - żadnego zwątpienia, spadku siły woli. Wręcz przeciwnie - nieustanny fighter mode on. Do tego rozmowy, dzięki którym czas szybciej leci. Jest dobrze. Jeśli tylko nic mi nie odpadnie, nic nie skręcę, nie urwę - będzie idealnie
Psychika też dopisuje - żadnego zwątpienia, spadku siły woli. Wręcz przeciwnie - nieustanny fighter mode on. Do tego rozmowy, dzięki którym czas szybciej leci. Jest dobrze. Jeśli tylko nic mi nie odpadnie, nic nie skręcę, nie urwę - będzie idealnie
36km - dzień dobry -
odzywa się kolano i tempo z
5.55/km spada do 6;25/km. Boli, ale wiem, że to nic poważnego. Byli lekarze, było USG
- więc kolano jak delicja - to zwykłe przeciążenie - tłumaczę
sobie. Boli jak cholera. Robert z
Hanią są coraz dalej i dalej. Adrenalina każe ich gonić, ale rozsądek przypomina, że ból to
przede wszystkim informator, który ostrzega, że poruszam się po granicy, że
trzeba uważać, że od teraz każde dociśnięcie może skończyć się kontuzją.
Tłumaczę sobie, że te 3, może 4 minuty które ugram zarzynając się na ostatnich
kilometrach mogą skończyć się długą odstawką od biegania. Nie warto. Nie opłaca
się. Już wiem, że 45km to fikcja. Chodzi o to by zrobić 42
bez kontuzji. Najlepiej w 4:30.
Zegarek pokazuje 3h:50min, 6km do końca a dla mnie każdy krok to strzał bólu.
Wyobrażam sobie wszystkie swoje
treningi, wszystkie biegi na kacu, wszystkie petardy o piątej rano i pytam
siebie, czy to wszystko jest nic nie warte. Potem zaczynam bluzgać pod swoim
adresem. Odpuścić na kilka km przed finiszem? No chyba kurwa kpina! To po to
się wypruwałeś, żeby na koniec odpuścić z miękką rurą? No bez jaj Zapolski.
Napierdalaj! Tak ugrywam kilometr, dwa. Na
sam koniec biegnę pod slayera. na piersi mam nr startowy: slayer 666 show no
mercy. A to do czegoś zobowiązuje. Miał
być ogień - jest ogień - nie
mogę odpuścić przed samym sobą. Sam sobie tyle obiecywałem a teraz co - mam odpaść 2km przed metą? No chyba kurwa jakieś
żarty! A zatem Payback i
"beat you up until you're fucking lifeless carcass".
Ostatni km ciągnie się w nieskończoność. 41km na GPSie
i ani drgnie. "No weź kurwo piknij" - drę się na zegarek, który po
kilku sekundach przeskakuje na 42,1 i wiem, że mogę zawrócić.
Ostatni kilometr, ostatnia prosta.
Na metę wbiegam
tradycyjnie - ręce do góry i "Slejeeeeeeer" ile
pary w płucach. Czuję
się niezniszczalny. Nic mnie nie boli. Adrenalina urywa łeb.
Chwila na złapanie oddechu i czas na przebieranki.
Dziewczęta nie chciały robić za hostessy, które wręczą Robertowi puchar, więc
padło na panów. Kiecki, makijaż, piwo do pucharu, świeczki w arbuza i z powrotem
na zajezdnię. Mijani ludzie patrzą na nas jak na babę z brodą - i słusznie -
bo obie hostessy mają solidny zarost.
Czekamy, czekamy, czekamy... w końcu są nasi
pięćdziesiątnicy. Wyskakujemy z przyczajki. wręczamy prezenty, uściski, całusy
gratulacje.
Potem migusiem do domu na prysznic, bo za godzinę
afterparty w Powsinie. Wysiadam z samochodu i czuję, że mam zajebisty pęcherz
na pięcie. Adrenalina odpuszcza,
organizm dochodzi do głosu. Nie byłem dla niego za dobry przez ostatnich kilka
godzin. Zemści się za to. To pewne.
Ogólny bilans biegu wychodzi bardzo na plus. Zrobiłem
to, co zaplanowałem, tak, jak zaplanowałem i wszystko to 10 minut poniżej
zakładanego czasu.
Bardzo zadowolony jestem z gospodarki energetycznej.
Nauczony doświadczeniem piłem w zasadzie non-stop i pilnowałem, żeby nie
zabrakło cukru. Na każdej pętli był batonik, izo i coś na drogę. Dzięki temu
ani razu nie poczułem, że brak mi siły i jedynym, czym musiałem się przejmować,
był zwykły wysiłkowy ból.
Opłaciła się treningowa
jazda po bandzie - połówki na
ciężkim kacu, 15tki na czczo, biegi wzdłuż metra w upale. Długie dystanse
na hardkora miałem przetrenowane -
więc wiedziałem ( mniej więcej) jak mi organizm zareaguje
- i zareagował dokładnie tak, jak się po
nim spodziewałem.
Nie było zwątpienia,
ściany, żadnych typowo maratońskich sensacji. Było fajnie, na luzaku. Prawdę
mówiąc, gdy dobiegłem poczułem lekki... niedosyt? Nastawił się człowiek na
tortury a okazało się, że to było zwyczajnie i po ludzku przyjemne :)
Najważniejsze było chyba
odmitologizowanie maratonu. Naczytał się człowiek o nim niestworzonych rzeczy,
nastawił się na nie wiadomo co, po czym się okazało, że 3 miesiące uczciwych
treningów dają bazę do pokonania 42km w 4 i pół godziny. Maraton przestał być
straszny. Stał się zwykłym dystansem do pokonania. Owszem - dużym i wymagającym - ale nie jest to coś ponad ludzkie siły.
Przekonałem się, że mogę, że nie ma czegoś takiego jak "nie da się".
Że wystarczy tylko trenować.
Jeśli chodzi o urazy -
prawie ich nie było. Jeden pęcherz na pięcie, otarcia pod pachami i to
wszystko. Żadnego bólu nóg, który uniemożliwiałby wchodzenie po schodach,
żadnego pojękiwania przy byle ruchu. Jak na 42 km to, moim zdaniem, są to
"straty symboliczne"
Jeszcze jutro robię dzień regeneracyjny a od środy z powrotem do roboty.
























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz