Ewidentnie,
najlepiej biega mi się „na odpierdol” ;)
Najgorsze
są treningi, które teoretycznie powinny pójść idealnie –
świetne samopoczucie, wyspanie, węgle podładowane – nic tylko
rwać asfalt butami. Tymczasem wychodzi człowiek z domu, zaczyna
biec i... dupa, ściana, piasek w nogach i kamienie w płucach.
Puszczam muzyczkę, żeby podbić tempo - a gdzie tam - ugrywam
15-20 sekund na kilometr a samopoczucie jakby kto stalowym prętem po
plecach bił. O ile fizycznie jest to do zniesienia, o tyle
psychicznie jest to bardzo wyniszczające. Mało co spala tak,
impotencja. Czujesz się świetnie, czujesz, że możesz - a nie
możesz. Depczesz a stoisz w miejscu i nie wiadomo o co chodzi. Im
mocniej dociskasz tym mniej z tego efektu. Wiesz, że najlepiej
byłoby wrócić do domu, bo z dzisiejszego biegu nic nie wyjdzie –
ale męczysz się, bo ambicja, bo plany, bo nie po to wychodzisz z
domu by wymięc po dwóch, trzech kilometrach.
I
wściekasz się i frustrujesz i kurwami na lewo i prawo rzucasz –
ale to nic nie pomaga.
Im
więcej potrafisz tym większa jest frustracja. Na etapie początkowym
jeszcze łatwo sobie wszystko wytłumaczyć - że trudne początki,
że kondycja jeszcze nie najlepsza, że takie prawo
nowicjusza – ale gdy masz za sobą kilka startów, gdy dusisz po
200km miesięcznie, gdy czujesz się twardym zawodnikiem, tym, który
nie odpuszcza i nagle, ni z tego ni z owego dopada cię taka niemoc –
odbiera to całą radość z biegu. Spala. Frustruje. Wkurwia.
W
takich sytuacjach powtarzam sobie słowa trenera Crissie Wellington
niektóre
treningi są jak diamenty, a inne jak kamienie,
ale każdy z nich
jest skałą budującą fundament formy
I
choć urażona duma wścieka się i kopie, jakoś łatwiej po tym
pozbierać, bo wiem, że dużo lepsi ode mnie też mają słabe
treningi.
Spirala
nieustannego podnoszenia poprzeczki to straszna rzecz. Człowiek
chciałby coraz lepiej, więcej, szybciej - przecież tyle biegam,
tyle trenuję, mam prawo oczekiwać, że wyniki będą szły w górę.
A tu nic. Więc sfrustrowany wychodzę „nadrobić” słabszy
trening – i dalej nic. Wściekam się więc, bo trenuję a efektów
nie ma. Wściekam na nieprzewidywalność organizmu, który powinien
by jak maszyna, psychiki, która powinna tą maszynę mobilizować.
Wściekam się na wszystko wokół.
A
to błąd.
Cofniij
się Zapolski i raz jeszcze przeczytaj to zdanie.
niektóre
treningi są jak diamenty, a inne jak kamienie,
ale każdy z nich
jest skałą budującą fundament formy
To
znaczy, że ma prawo pójść źle. To znaczy, że każdy ma słabsze
treningi, nawet Uber kozacy, do których nie masz co się
porównywać. Że chciałbyś? Ba! A kto nie chciałby? Ale słaby
dzień to słaby dzień. Skoro wszyscy go mają, weź z niego tyle
ile możesz i poczekaj na lepszy. Bo zawsze jest co wziąć. Zawsze
jest coś, co się przyda. A jeśli czarno widzisz i uważasz że nie przyda się nic, potraktuj go
jako utrzymanie formy, podłożenie do pieca żeby za bardzo nie
przygasł. Przyjdzie chwila i pierdolnie takim ogniem, że przykrywka
podskoczy – ale to widać nie dziś. Nie wściekaj się. Nie
spalaj. I tak jesteś lepszy od milionów hodujących mięsień piwny
przed telewizorem. Tak, wiem, to żaden wyczyn porównywać się z
leniami, ale przynajmniej cokolwiek zrobiłeś. Wyszedłeś z domu,
skotłowałeś się. Nie odpuściłeś.
Pamiętaj, nie jesteś maszyną. Masz prawo do słabości.
Pamiętaj, nie jesteś maszyną. Masz prawo do słabości.
A
wszystko przez ten dzisiejszy crossFit.
Poszedłem
z nastawieniem na samozniszczenie. Wszystko szło fajnie do momentu,
gdy zaczęło brakować mi siły. Postanowiłem wówczas, że lepiej
przejść do ćwiczenia w wersji lżejszej ( mówiąc fachowo,
skalować wysiłek) niż zarżnąć się na pierwszej połowie i nie
dociągnąć treningu do końca. Biorąc rzecz na logikę jest to jak
najbardziej właściwe, ale emocjonalnie... Emocjonalnie chciałbym
już góry przenosić i cholernie ciężko jest mi się pogodzić z
tym, że kondycję funkcjonalną, mam taką sobie, że jeszcze wiele,
bardzo podstawowych kwestii wymaga doprowadzenia do przyzwoitego
poziomu.
Biegając
długie dystanse doszedłem do przekonania, że jestem twardy, że
dużo mogę i bardzo mnie boli to, że wytrzymałość
długodystansowa kompletnie się na crossficie nie sprawdza. Bieg to
długi, dość jednostajny wysiłek - wystarczy złapać dobry rytm
i reszta sama leci. Cross jest kompletnym tego przeciwieństwem.
Tempo i z zróżnicowanie ćwiczeń jest szalone. Organizm
przyzwyczajony do jednostajnego wysiłku głupieje i non stop wysyła
do głowy sygnały alarmowe. Do tego ta urażona duma - miał się
człowiek za wysportowanego a tu okazuje się, że jest, jak to
ładnie jankesi określają „one trick pony” - i trzeba uczyć
się podstaw, znowu być początkującym.
Wczorajszy
bieg, dzisiejszy cross - to wszystko są treningi na głowę.
Sprowadzenie na ziemię, usadzenie na dupie, żeby się człowiekowi
za dużo nie wydawało, żeby się w głowie nie poprzewracało.
To
są też rzeczy ważne - już nawet nie treningowo - ale tak
zwyczajnie, po ludzku.
Żeby się człowiek nie zrobił nieznośny.
Żeby się człowiek nie zrobił nieznośny.
Żeby
nie odbiło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz