"Słuchaj, a może wziąłbyś samochód i zabrał dziewczyny?
Nie musielibyście kombinować z dojazdem tylko pojechali jak ludzie, wyspali
się."
Zaraz zaraz... Moja żona sugeruje bym wziął auto i pojechał w drugi koniec Polski na hotelowy nocleg z trzema kobitkami?
Dla upewnienia pytam jeszcze raz i drugi.
Nie, to w cale mi się nie śni.
Zaraz zaraz... Moja żona sugeruje bym wziął auto i pojechał w drugi koniec Polski na hotelowy nocleg z trzema kobitkami?
Dla upewnienia pytam jeszcze raz i drugi.
Nie, to w cale mi się nie śni.
Zaczęło się od małej obsuwy. Mieliśmy wystartować o 18tej,
ale żonie coś się w pracy przeciągnęło (jak to w piątek) i koniec końców
wyruszyliśmy z półgodzinnym opóźnieniem. Na drogach czuć było wakacje, bo w
korkach wyjazdowych spędziliśmy jakieś 30, może 40 minut - jak na Warszawę to
tyle, co nic.
Do Krasnystawu (krasnego stawu? Ni cholery nie wiem, jak
brzmi forma poprawna) przyjechaliśmy po 22giej. Stacja, Tesco, winko, piwko,
ploty, żarty śmichy-chichy i ani się człowiek obejrzał a była pierwsza w nocy.
Budzik zadzwonił o 5:55...
Budzik zadzwonił o 5:55...
Po odbiór pakietów pojechaliśmy jeszcze przed śniadaniem.
Byliśmy jednymi z pierwszych, bo wolontariusze siedzieli jeszcze mocno
zaspani. Nie jestem pewien, co wywołało
większe zdziwienie, czy wchodzące w skład pakietu puszkowane tyskie, czy
podwójny numer startowy - jeden z chipem, do zwrotu a drugi bez chipa,
pamiątkowy.
Po raz kolejny też okazało się, że rozmiarówka koszulek to jedna wielka loteria. Zamówiona męska M-ka okazała się mieć rozmiar L-ki. Na pocieszenie w pakiecie był jeszcze jogurt i paluszki. W sumie to nawet logiczny był ten pakiet - paluszki do piwa a jogurt na jutrzejszego kaca.
Ktoś tu jednak pomyślał :)
Po raz kolejny też okazało się, że rozmiarówka koszulek to jedna wielka loteria. Zamówiona męska M-ka okazała się mieć rozmiar L-ki. Na pocieszenie w pakiecie był jeszcze jogurt i paluszki. W sumie to nawet logiczny był ten pakiet - paluszki do piwa a jogurt na jutrzejszego kaca.
Ktoś tu jednak pomyślał :)
Na rynek przybiegamy ok 30 minut przed startem. Spotykamy
Roberta, trochę plotkujemy, obserwujemy budzące się stanowiska z piwem. Pogoda
jest idealna - jakieś 15 stopni + lekkie zachmurzenie. Życiówki wiszą w powietrzu.
Bieg rozpoczyna się z przyczajki. Niby stoimy już w tłumie,
niby zegarki pokazują, że to już za moment, ale zupełnie nie czuć tej przedbiegowej
atmosfery. Nie ma zapowiedzi, nie ma lecącej z głośników muzyczki, nie ma
podjarki - ot, stoi sobie kilkuset biegaczy na rynku.
Nagle masa zaczyna się ruszać. Powoli, ociężale - a więc to już, czas odpalić GPS. Biegniemy.
Nagle masa zaczyna się ruszać. Powoli, ociężale - a więc to już, czas odpalić GPS. Biegniemy.
Ruszamy z kopyta. Od pierwszych metrów GPS oscyluje w
okolicach 4:50 - 5:10. Mocne tempo jak na start, ale nie ma jak zwolnić, bo
wszyscy wokół tak biegną. Pierwszy kilometr, drugi, trzeci - nikt nie myśli
zwalniać - okazuje się, że wszyscy od razu weszli w tempo docelowe. Czwarty,
piąty - nadal tym samym tempem. W końcu zwalniam do 5:30, bo 5min/km to okolice
mojego maxa a to dopiero 1/4 dystansu. Kiepsko
na psychikę robi mi fakt, że non stop ktoś mnie wyprzedza, ale biegnę swoje. W
planach jest biec 5:30 do 15km a potem cała naprzód.
Pierwszy kryzys przychodzi wraz z podbiegiem w okolicach
dziewiątego km. Tempo spada do 6 z kawałkiem i po raz pierwszy w życiu słyszę
głosy w stylu "stary, po cholerę ci to bieganie?". Że co proszę!?! Bo
tak! Dupa w troki i do przodu leniu cholerny! Po to dymałeś przez pół Polski
żeby teraz durne pytania zadawać? Jazda przed siebie! Migusiem!
Wciągam pół batonika, popijam izo i gdy tylko zaczyna się płaskie, dociskam tempo. Jest nieźle - na dziesiątym km zegarek pokazuje 54minuty a jeszcze dwa tygodnie temu była to moja życiówka na dychę! Dostaję kopa i lecę przed siebie. Głosy zostały gdzieś z tyłu, na podbiegu...
Wciągam pół batonika, popijam izo i gdy tylko zaczyna się płaskie, dociskam tempo. Jest nieźle - na dziesiątym km zegarek pokazuje 54minuty a jeszcze dwa tygodnie temu była to moja życiówka na dychę! Dostaję kopa i lecę przed siebie. Głosy zostały gdzieś z tyłu, na podbiegu...
Około 12km porywam wodę na punkcie i dalej przed siebie. Na
piętnastym zegarek pokazuje 1h22min - jak uda mi się utrzymać to tempo to
wykręcę życióweczkę jak marzenie. Kończy
mi się woda, ale zaraz powinien być punkt. Powinien, ale nie ma. Za to kończy
się las i zaczyna podbieg po asfalcie. Temperatura podskoczyła powyżej 20
stopni - to czuć. Zwalniam, żeby się nie spalić przed ostatnim nawodnieniem,
tym bardziej, że ból w nogach zaczyna robić się coraz bardziej nieprzyjemny.
Biegnę, biegnę a punktu z wodą jak nie ma tak nie ma. Szesnasty kilometr,
siedemnasty... Zjadłem kawałek batonika
i mam wiór w ustach. No gdzie jest ta cholerna woda? W końcu jest, na
osiemnastym, do tego strażacy postawili coś w stylu kurtyny wodnej, czyli wąż
tryskający wodą z niedokręconego zaworu. Popijam, polewam się, ale czuję, że
jak ze mnie to już wszystko. Zjadł mnie ten podbieg z brakiem wody. Do tego ból
w nogach zrobił się nieznośny. To tyle w temacie życiówki, teraz celem jest
zmieścić się z dwóch godzinach - przecież nie może być gorzej, niż na majowej
białostockiej połówce!
Ostatnie 3km to walka ze stricte fizycznym zmęczeniem.
Żadnych głosów, żadnego zwątpienia, czyste zmęczenie i galareta z
czworogłowych. Zwężam oczy i staram się trzymać rytm. Na uszach slipnkot, na
ustach grymas bólu. GPS pokazuje, że to ostatni kilometr, ale nie odważam się
przyspieszać. Na trasie rozrzut pomiędzy odczytem GPS a oznaczeniami wynosił
średnio pół kilometra. Nie wiem, ile będę w stanie wydusić z siebie na finiszu
- więc biegnę asekurancko. Dopiero, gdy zagęszczają się kibicie, gdy widzę
wracających z naprzeciwka biegaczy przyduszam ostatkiem sił, ale to już
pudrowanie trupa; bardziej odruch, niż jakikolwiek gest walki. Na walkę był
czas przez ostatnią godzinę i 58 minut.
Teraz to już pozamiatane.
1:57:57
Teraz to już pozamiatane.
1:57:57
![]() |
| Wynik bez szału, ale przynajmniej bica podpompowałem |
Idziemy na makaron. Lokal, do którego prowadzi nas Robert
budzi we mnie lekkie obawy - bardziej wygląda to na kilkugwiazdkowy hotel, niż
restaurację. W środku elegancja-francja. Kelnerka przynosi kartę - zaglądam i
oczom nie wierzę. Co za ceny! Za obiad
dla pięciu osób, do tego napitki, kawki i herbatki płacimy 94zł.
Dziewięćdziesiąt cztery złote! Przy samym rynku!
Festiwal chmielu trwa w najlepsze. Cały rynek obstawiony
stoiskami browarów, gdzie się człowiek nie obróci - wszędzie piwo. Tyskie, Pilsner urquell, Perła - te omijam, bo
mam je pod blokiem. Interesują mnie te małe, lokalne, często kompletnie
nieznane. Na razie mogę sobie tylko
popatrzeć, ponieważ czeka mnie kilkugodzinna sesja za kółkiem. Robię więc
zapasy - piwko tu, piwko tam. Zapełniony Karton przynoszę dziewczętom, które na
leżaczkach popijają wiśniowego portera i wracam do obchodu stoisk. Jedna
reklamówka, druga. Nie liczę wydawanych pieniędzy, zastanawiam się tylko, jak
my to wszystko dotaszczymy do samochodu.
Centrum rynku obstawione jest stoiskami z piwem a na jego obrzeżach trwa rasowy festyn. Są stragany z muzyką disco polo,
odzież skórzana, biżuteria, obrazy, wędliny litewskie, wódki regionalne. Jak to
na festynie - szwarc, mydło i powidło. Jakby kto poszukał pewnie i baba z brodą
by się znalazła. Popiwszy piwka ruszamy w te bogactwo na ostatnie zakupy.
Kupuję trofiejki do domu i chwilę po piętnastej ruszamy do Warszawy z gorącym
przekonaniem, że za rok trzeba tu koniecznie przyjechać na dłużej.
O ile towarzysko wyjazd uważam za bardzo udany, o tyle
sportowo mam po nim pewien niesmak. Robiłem sobie spore nadzieje, liczyłem na
więcej a wyszło, jak wyszło - czyli słabo, a już na pewno poniżej oczekiwań.
Główną przyczyną takiego wyniku było zmęczenie organizmu.
Zwykłem żartować, że życiówki na dychę robię wtedy, gdy jestem zmęczony - i
faktycznie - pierwsze 10 km poszło mi bardzo dobrze. W zasadzie do piętnastego
biegłem tak, jak to sobie założyłem, dopiero później, gdy zbrakło wody i
zaczęły się podbiegi, dało o sobie znać zwykłe wymęczenie organizmu, który nie
podołał trudniejszemu etapowi. W ciągu tygodnia przed chmielakami zrobiłem
maraton, dwie dychy ( w tym jedna z nową życiówką) podwójny crossFit. O ile
pary wystarczyło mi na pierwszą dychę z hakiem, o tyle na drugiej zapaliła się
rezerwa. Teraz już wiem, że pobiec można zawsze, ale jeśli myśli się o wyniku,
trzeba dać sobie odpocząć.
![]() |
| Każdy ma takiego zająca, na jakiego zasłużył |
Jest to lekcja bolesna, ale jestem z niej zadowolony. Przed
dwie godziny biegłem ze średnim tętnem 181, co w moim przypadku jest wartością
graniczną. Skoro jestem w stanie zmusić się do takiego wysiłku, muszę tylko
zadbać o wypoczynek i droga poniżej 1h50min stoi otworem.
Obsada biegu była bardzo mocna. 1/4 uczestników przybiegła z
czasem poniżej godziny czterdzieści. Ponad połowa zmieściła się w godzinie
pięćdziesiąt. Zwycięzca przybiegł z czasem 1h12min.
To pokazuje, że na trasie nie było miękkiej gry.
To pokazuje, że na trasie nie było miękkiej gry.
![]() |
| Nasze dwa harpagany. Ola: 1h42, Robert: 1h43. |
Organizacyjnie było...średnio. W Białymstoku była rozgrzewka
prowadzona przez dziewczynę z (bodaj) BBL, AC/DC z głośników (Thunderstruck!),
strzelający burmistrz - a w Krasnymstawie bieg zaczął się ni z gruszki ni z
pietruszki. Kto wie, może coś było tylko ja nie słyszałem? Jeśli tak, trzeba
pomyśleć o lepszym nagłośnieniu.
Poprawić trzeba też oznaczenia kilometrów. O ile kierunek
trasy nie pozostawiał złudzeń ( były znaki, policja, wszystko, co trzeba) o
tyle kilometry pojawiały się o 400-600 metrów za wcześnie, zaś od osiemnastego
kilometra w ogóle ich nie widziałem, choć wypatrywałem jak zbawienia.
Dla wielu atrakcją było dostępne po biegu piwo. Ponieważ
tego dnia prowadziłem, atrakcja mnie ominęła. Z drugiej strony, piwo z
plastikowego kubeczka to bardziej profanacja, niż atrakcja ;)
O ile sam bieg to nic specjalnego, o tyle towarzyszący mu
festiwal piwa to wystarczający powód do odwiedzenia Krasnegostawu za rok.
Pobiegać, popić regionalnego piwka, smacznie zjeść za grosze - nie wiem, jak
dla innych, ale dla mnie to idealny plan weekendowy.
Do zrealizowania za rok.
Koniecznie.
Do zrealizowania za rok.
Koniecznie.
















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz