niedziela, 11 sierpnia 2013

Pierwszy miesiąc z crossFitem

Właśnie mija miesiąc od pierwszego treningu crossFitu, więc jest okazja do małego podsumowania, co ten miesiąc zmienił w moim życiu.
Brzmi szumnie, ale uważam, że nie bezpodstawnie.

Przedefiniowałem słowo "hardkor". Rzecz jasna szczytem nadal pozostanie bycie przy narodzinach córki, ale to doświadczenie absolutnie poza klasyfikacją - więc zostanę przy doznaniach sportowych ;) 
Jeździłem rowerem, chodziłem na siłownię, pływałem, jednak żaden z tych sportów nie był nawet w połowie tak wyczerpujący, jak standardowy trening na crossie. Mogę śmiało powiedzieć, że dopiero na crossie poczułem, co to jest prawdziwe wycieńczenie. Treningów na siłowni nawet nie ma co porównywać - bo to tak, jakby obok siebie postawić rower i ciężarówkę Scania. Mimo, że na siłowni się nie opieprzałem i dawałem z siebie max, rzadko kiedy byłem naprawdę spocony. Na crossie zawsze jestem spocony w ciągu pierwszych 2-3 minut. Po pięciu ćwiczę bez koszulki. Po dziesięciu mokre spodenki oblepiają mi nogi.
Nigdy wcześniej nie lało się ze mnie jak z dziurawej rury. Nigdy wcześniej nie chlupało mi w butach od potu.
Na crossFicie to standard.

Wyrzuciłem ze słownika słowo "niemożliwe". Wiem, że brzmi to jak frazes z Paulo Coehlo, ale czuję, że nie ma rzeczy niemożliwych. Oczywiście, zaraz ktoś powie "a to spróbuj gołemu w kieszeń nasrać" (odpowiadam, że można - kangurowi), ale słowne gierki zostawmy na boku. Jeśli chodzi o sport - nie ma rzeczy niemożliwych - są albo te, których jeszcze nie próbowałeś, albo te, do których niewystarczająco się przykładasz. I koniec.

Któregoś dnia na treningu musiałem zrobić 100 pompek w staniu na rękach. Stówa. Na rękach. Kiedy ja ledwie pół minuty w staniu na rękach się utrzymam - a tu jeszcze pompki trzeba robić! Robiłem więc wersję ułatwioną - ale zrobiłem. Umordowałem się przy tym strasznie - ale zrobiłem. Widziałem, jak bardziej doświadczeni koledzy robili tą stówę w wersji pełnej i myślałem sobie, że skoro oni - to i ja mogę - musze tylko mocniej ćwiczyć. Dać sobie czas, dawać z siebie wszystko i któregoś dnia ja też zrobię 100 pompek w staniu na rękach.

Podobnie było ze skakankami. Kiedyś tam na siłowni coś próbowałem, ale szło opornie - więc sobie odpuściłem. Na crossFicie nie ma, że odpuszczasz bo nie idzie/nie umiesz - masz zrobić i koniec. Najpierw potykałem się o własne nogi, potem zrobiłem 100, potem 200, potem 666 a potem zrobiłem 1500 i wiem, że to dopiero początek, że któregoś dnia, dla czystej swojej satysfakcji, dla rekordu zrobię 10 000 skakanek. Ot tak, bo mogę, bo nie ma rzeczy niemożliwych.

Kiedy patrzę na to, co robią koledzy na treningach - a robią rzeczy tak nieprawdopodobne, jak minutowe poziomki, czy podciągnięcia ze zwisu na kółkach gimnastycznych wiem, że to wszystko kwestia czasu i treningu. Że jeśli przyłożysz się odpowiednio długo i mocno, zrobisz wszystko.
To chyba najważniejsza zmiana, jaką crossFit wprowadził do mojej głowy.

CrossFit pomógł mi też w bieganiu. Do tej pory biegałem zachowawczo, tak, by zawsze mieć siłowy margines bezpieczeństwa, by nie wypstrykać się z energii. Crossowe hardkory nauczyły mnie dociskać mocniej, dawać z siebie więcej, balansować bliżej granicy wytrzymałości. Efekt tego jest taki, że w ciągu ostatniego miesiąca dwa razy skróciłem życiówkę na 10km (razem o 2,5 minuty)

Są też rzeczy mniejsze, lecz również istotne, jak ogólne samopoczucie. Czuję sie bardziej skondensowany, zwarty, chodzę bardziej wyprostowany. Kilogramów mi nie ubywa, za to zmiany w lustrze dostrzegalne są gołym okiem. Brzuch, który zawsze był moim problemem, nagle zaczyna się chować, ukryte pod skórą mięśnie zaczynają być widoczne bez napinania. To zresztą kolejne zaskoczenie i w pewnym sensie odkrycie. Okazało się, że aby mieć dobry brzuch, same brzuszki to nie wszystko - to raptem (mniejsza) połowa sukcesu. Efekt wizualny przychodzi wraz z ogólnym przyłożeniem się do "core" - boków, pleców, brzucha. Dopiero ogólne "wysportowanie" sprawia, że i wygląda się dobrze.


I to tyle z rzeczy najważniejszych. Moim zdaniem to bardzo dużo, jak na miesiąc. Powoli zwiększam ciężary, ćwiczę coraz poprawniej technicznie i, co najważniejsze, mam z tego wieeelką frajdę.
Nie wiedziałem, że samobójstwo na raty może być tak przyjemne :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz