Właśnie mija miesiąc od pierwszego treningu crossFitu, więc
jest okazja do małego podsumowania, co ten miesiąc zmienił w moim życiu.
Brzmi szumnie, ale uważam, że nie bezpodstawnie.
Brzmi szumnie, ale uważam, że nie bezpodstawnie.
Przedefiniowałem
słowo "hardkor". Rzecz jasna szczytem nadal pozostanie bycie przy
narodzinach córki, ale to doświadczenie absolutnie poza klasyfikacją - więc
zostanę przy doznaniach sportowych ;)
Jeździłem rowerem, chodziłem na siłownię,
pływałem, jednak żaden z tych sportów nie był nawet w połowie tak wyczerpujący,
jak standardowy trening na crossie. Mogę śmiało powiedzieć, że dopiero na
crossie poczułem, co to jest prawdziwe wycieńczenie. Treningów na siłowni nawet
nie ma co porównywać - bo to tak, jakby obok siebie postawić rower i ciężarówkę
Scania. Mimo, że na siłowni się nie opieprzałem i dawałem z siebie max, rzadko
kiedy byłem naprawdę spocony. Na crossie zawsze jestem spocony w ciągu
pierwszych 2-3 minut. Po pięciu ćwiczę bez koszulki. Po dziesięciu mokre
spodenki oblepiają mi nogi.
Nigdy wcześniej nie lało się ze mnie jak z dziurawej rury. Nigdy wcześniej nie chlupało mi w butach od potu.
Na crossFicie to standard.
Nigdy wcześniej nie lało się ze mnie jak z dziurawej rury. Nigdy wcześniej nie chlupało mi w butach od potu.
Na crossFicie to standard.
Wyrzuciłem ze słownika słowo "niemożliwe". Wiem,
że brzmi to jak frazes z Paulo Coehlo, ale czuję, że nie ma rzeczy
niemożliwych. Oczywiście, zaraz ktoś powie "a to spróbuj gołemu w kieszeń
nasrać" (odpowiadam, że można - kangurowi), ale słowne gierki zostawmy na
boku. Jeśli chodzi o sport - nie ma rzeczy niemożliwych - są albo te, których
jeszcze nie próbowałeś, albo te, do których niewystarczająco się przykładasz. I
koniec.
Któregoś dnia na treningu musiałem zrobić 100 pompek w staniu na rękach. Stówa. Na rękach. Kiedy ja ledwie pół minuty w staniu na rękach się utrzymam - a tu jeszcze pompki trzeba robić! Robiłem więc wersję ułatwioną - ale zrobiłem. Umordowałem się przy tym strasznie - ale zrobiłem. Widziałem, jak bardziej doświadczeni koledzy robili tą stówę w wersji pełnej i myślałem sobie, że skoro oni - to i ja mogę - musze tylko mocniej ćwiczyć. Dać sobie czas, dawać z siebie wszystko i któregoś dnia ja też zrobię 100 pompek w staniu na rękach.
Podobnie było ze skakankami. Kiedyś tam na siłowni coś
próbowałem, ale szło opornie - więc sobie odpuściłem. Na crossFicie nie ma, że
odpuszczasz bo nie idzie/nie umiesz - masz zrobić i koniec. Najpierw potykałem
się o własne nogi, potem zrobiłem 100, potem 200, potem 666 a potem zrobiłem
1500 i wiem, że to dopiero początek, że któregoś dnia, dla czystej swojej
satysfakcji, dla rekordu zrobię 10 000 skakanek. Ot tak, bo mogę, bo nie ma
rzeczy niemożliwych.
Kiedy patrzę na to, co robią koledzy na treningach - a robią
rzeczy tak nieprawdopodobne, jak minutowe poziomki, czy podciągnięcia ze zwisu na
kółkach gimnastycznych wiem, że to wszystko kwestia czasu i treningu. Że jeśli
przyłożysz się odpowiednio długo i mocno, zrobisz wszystko.
To chyba najważniejsza zmiana, jaką crossFit wprowadził do mojej głowy.
To chyba najważniejsza zmiana, jaką crossFit wprowadził do mojej głowy.
CrossFit pomógł mi też w bieganiu. Do tej pory biegałem
zachowawczo, tak, by zawsze mieć siłowy margines bezpieczeństwa, by nie
wypstrykać się z energii. Crossowe hardkory nauczyły mnie dociskać mocniej,
dawać z siebie więcej, balansować bliżej granicy wytrzymałości. Efekt tego jest
taki, że w ciągu ostatniego miesiąca dwa razy skróciłem życiówkę na 10km (razem
o 2,5 minuty)
Są też rzeczy mniejsze, lecz również istotne, jak ogólne
samopoczucie. Czuję sie bardziej skondensowany, zwarty, chodzę bardziej
wyprostowany. Kilogramów mi nie ubywa, za to zmiany w lustrze dostrzegalne są
gołym okiem. Brzuch, który zawsze był moim problemem, nagle zaczyna się chować,
ukryte pod skórą mięśnie zaczynają być widoczne bez napinania. To zresztą
kolejne zaskoczenie i w pewnym sensie odkrycie. Okazało się, że aby mieć dobry
brzuch, same brzuszki to nie wszystko - to raptem (mniejsza) połowa sukcesu.
Efekt wizualny przychodzi wraz z ogólnym przyłożeniem się do "core" -
boków, pleców, brzucha. Dopiero ogólne "wysportowanie" sprawia, że i wygląda
się dobrze.
I to tyle z rzeczy najważniejszych. Moim zdaniem to bardzo
dużo, jak na miesiąc. Powoli zwiększam ciężary, ćwiczę coraz poprawniej technicznie
i, co najważniejsze, mam z tego wieeelką frajdę.
Nie wiedziałem, że samobójstwo na raty może być tak przyjemne :)
Nie wiedziałem, że samobójstwo na raty może być tak przyjemne :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz