Jak tylko zrobi sie nieco cieplej, na ścieżkach pojawiają
sie rowerzyści a na chodnikach biegacze. Z początku nieśmiało - bo pogoda jeszcze kapryśna - ale jak tylko
temperatura skoczy do poziomu podkoszulka i krótkich gatek, robi się tłoczniej
niż na procesji w boże ciało.
Nie oszukujmy się - to nie dlatego, że wiosną nagle wszyscy poczuli potrzebę ruchu, że w każdym przebudził się fajter. Nie. Ludzie wychodzą zrzucić nagromadzone prze zimę sadło.
Nie oszukujmy się - to nie dlatego, że wiosną nagle wszyscy poczuli potrzebę ruchu, że w każdym przebudził się fajter. Nie. Ludzie wychodzą zrzucić nagromadzone prze zimę sadło.
Bieganie, ponieważ w swojej podstawowej formie wymaga
najmniejszego wkładu czasowo finansowego ( stare dresy i trampki ma chyba każdy)
jest najpowszechniejsze. Wystarczy wyjść z domu, potruchtać, spocić się a sadło
samo znika - pozornie środek cud. Rychło się jednak okazuje, że człowiek biega,
biega, tłucze te kilometry a sadło było -
tak nadal jest.
Ale jak to?
Ale jak to?
Głównym czynnikiem sadłotwórczym jest żarcie. Nie jedzenie
jako takie, ale żarcie. Żarcie bezmyślne, kompulsywne, wpieprzanie bez umiaru.
Co z tego, że człowiek strzeli 15km, spali 1000kcal kiedy po powrocie wciągnie pizzę, popije
browarem a do wieczornego filmu otworzy chipsy, czy torebkę orzeszków? Dupa
zbita. Cały trud, cały znój, pot i trud idzie w diabły. Wiem, o czym mówię, bo
przechodziłem ten etap rok temu. Wychodziłem z domu, robiłem 10-12, czasem 15
km i wracając zadowolony z siebie myślałem "no, Zapolski, zasłużyłeś sobie
na browarka" po czym zahaczałem o sklep pod domem, brałem 2-3 desperadosy
(no bo jednym to nie ma co sobie ciśnienia podnosić) i... cały mój trening
szlag trafiał
Rachunek jest prosty i bezlitosny: 1 piwko to 350-400kcal.
Dajmy na bok te historie o jego zdrowotnym wpływie. Browar to czysty słód,
czasem cukier, śladowe ilości mikroelementów i W CHUJ kalorii. Półtorej browara
to 550kcal - czyli cała tabliczka czekolady. Kto z nas zje całą tabliczkę
czekolady na raz? Mało kto - bo wiadomo
żywy cukier, kalorie i tak dalej. A półtorej browarka? No proszę was... Co to
jest półtorej browarka? Ano to jest właśnie tabliczka czekolady dostarczona
prosto w dupę, biodra, brzuch i gdzie tam się tylko człowiekowi odkłada.
Mój problem polegał na tym, że lubię zjeść i wypić. Lubię
browca, pizze, hamburgery, słodycze - no kocham żarcie i koniec. Ponieważ nie
chciałem z tego rezygnować postanowiłem sobie, że będę tak ostro ćwiczył, żebym
mógł jeść co chcę i jednocześnie chudnąc rzeźbić sylwetkę. Zapieprzałem więc
jak osioł prawie dzień w dzień -
siłownia, biegane, basen, rower -
co się tylko dało. Efekty? Słabiutkie były. Kilogram w tę, kilo wewtę -
tak sie to bujało jak menel przy płocie.
Dlaczego?
Dlaczego?
Im więcej ćwiczysz -
tym więcej jesz. Koniec.
To jak z samochodem - lubisz wysokie obroty - szykuj się na większe spalanie. Organizm działa dokładnie tak samo. Dasz sobie w dupę na treningu? To prędzej, czy później (raczej prędzej) będziesz musiał dorzucić węgli do pieca, bo bez tych węgli organizm nie będzie miał na czym jechać. Próbowałem się oszukiwać i nie jeść po treningu. Najłatwiej było po wieczornym - wracałem skatowany do domu i szedłem spać. Budziłem się zadowolony, bo bilans kaloryczny poprzedniego dnia wynosił powiedzmy 1000kcal na minusie (czyli 150 gram sadła mniej) ale rychło okazywało się, że apetyt miałem jak kobieta w ciąży. Podwójny obiad? Tabliczka czekolady na raz? Zwierzęcy głód na cukier? Wszystko na raz! I co z tego, że bilans poprzedniego dnia wynosił -1000kcal kiedy w dniu kolejnym głodny jak zwierze zżerałem 3,5K kcal, w tym furę cukru?
Dupa zbita a nie metoda.
To jak z samochodem - lubisz wysokie obroty - szykuj się na większe spalanie. Organizm działa dokładnie tak samo. Dasz sobie w dupę na treningu? To prędzej, czy później (raczej prędzej) będziesz musiał dorzucić węgli do pieca, bo bez tych węgli organizm nie będzie miał na czym jechać. Próbowałem się oszukiwać i nie jeść po treningu. Najłatwiej było po wieczornym - wracałem skatowany do domu i szedłem spać. Budziłem się zadowolony, bo bilans kaloryczny poprzedniego dnia wynosił powiedzmy 1000kcal na minusie (czyli 150 gram sadła mniej) ale rychło okazywało się, że apetyt miałem jak kobieta w ciąży. Podwójny obiad? Tabliczka czekolady na raz? Zwierzęcy głód na cukier? Wszystko na raz! I co z tego, że bilans poprzedniego dnia wynosił -1000kcal kiedy w dniu kolejnym głodny jak zwierze zżerałem 3,5K kcal, w tym furę cukru?
Dupa zbita a nie metoda.
Progress zaczął się, kiedy przestałem się oszukiwać i
przyznałem się przed sobą, że te wszystkie kombinowane metody są nic nie warte.
Po prostu. Katuje się człowiek jak zwierzę, teoretycznie powinien wyglądać jak
młody bóg - a efektów jak nie było tak nie ma. Znaczy się, że do dupy takie
metody. Że nie ma co durnia grać, tylko trzeba rzucić ten cholerny cukier.
Łatwo nie było. Przez dwa miesiące nie piłem piwa, jadłem śladowe
ilości cukru (głównie owocowego, unikałem czekolad batoników etc), dużo białka.
Na co nieco pozwalałem sobie tylko w dni treningowe, żeby organizm miał na czym
jechać, żeby nie dopadł mnie głód dnia następnego. Odstawienie cukru było w miarę
łatwe, choć i tu trochę oszukiwałem dodając trochę słodzonego kakao do kawy,
czy jedząc twaróg z serkiem homogenizowanym. Najtrudniej było ostawić piwo.
Kiedy okazało się, że zaczyna przynosić to efekty,
wyrzeczenia przychodziły coraz łatwiej. Brak piwa nie doskwierał już tak bardzo,
gdy zacząłem wchodzić w spodnie, których niedawno nie dopinałem a na brzuchu
zaczęły rysować się jakieś mięśnie. Jasne, czasem napadała taka chcica, że aż człowieka
nosiło - ale wtedy myślałem o tych
spodniach i zaciskałem zęby. Jeszcze tydzień, jeszcze dwa. Jeszcze tylko dwa,
trzy kilogramy...
Gdzieś w necie widziałem taki obrazek. "Z treningiem
jest jak z małżeństwem: nie możesz udawać i oczekiwać, że przyniesie to efekty.
Na własnej skórze przekonałem się, że nie ma nic bardziej prawdziwego. Chcesz
efektów - to nie kombinuj. Chcesz jeść i
trenować - rób tak - ale nie oczekuj, że
waga poleci na łeb na szyję, tylko dlatego, że kilka razy w tygodniu dasz sobie
w dupę. Organizm umie się bronić i jak jednego dnia wydusisz z niego ponad
normę, następnego odbije sobie z nawiązką " na wszelki wypadek". To
są mechanizmy ewolucyjne, które powstawały przez miliony lat i siłą woli ich nie
przeskoczysz, nie ma co się oszukiwać.
Chcesz efektów - podejdź do tematu z głową i przede
wszystkim bez taryfy ulgowej. Piwko,
chipsy, orzeszki, słodycze - won! Cukier
tylko w dni treningowe przed treningiem i odrobina ( powtarzam, odrobina) po +
jakiś słodki izotonik w trakcie. Żadnego robienia wyjątków, że gorszy dzień,
czy coś. Zaciskamy zęby i tłuczemy kilometry. Bo jak raz człowiek odpuści - to
już z górki...
Nie popadajmy jednak w skrajność. W życiu nie chodzi o to,
by się katować, umartwiać i stresować. Nie chodzi też o to, by już nigdy więcej
nie zrobić sobie wieczoru filmowego z
pizzą XXL i sześciopakiem czegoś mocniejszego. W końcu między innymi po to
człowiek biega i spala te kalorie (a przynajmniej dla mnie jest to bardzo ważny
bonus do biegania) żeby od czasu do
czasu móc sobie pofolgować. Dzięki regularnym treningom wiem, że jak raz w
tygodniu wciągnę jakiegoś kebaba i popiję go
zimnym browarkiem sztuk trzy, nic się nie stanie. Owszem, kolejny
trening, czy dwa pójdzie na spalenie tego co zjadłem i wypiłem, ale co z tego?
Swoje zrzuciłem i teraz wystarczy tylko nie zapominać się zbyt często ;)
Swoje zrzuciłem i teraz wystarczy tylko nie zapominać się zbyt często ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz