Gdy napotykam w internecie tzw. "obrazki
motywacyjne", tudzież całe strony, profile poświęcone motywacji , zastanawiam
się "ale po co?". Po co to? Rozumiem jeszcze filmy - gdy jest to
fajnie zrobione, gdy reżyser pomyślał o dramaturgii, budowaniu napięcia, można
toto z przyjemnością obejrzeć a czasem nawet pozytywnie nakręcić się do
treningu.
Ale obrazki?
Większość tych obrazków to jakiś koszmarnie infantylny chłam z tekstem jako żywo zapożyczonym od Paulo Coehlo. Ani to ładne ani motywujące - ot, jeszcze jeden przejaw nikomu niepotrzebnej internetowej twórczości.
No z dupy zupełnie.
Ale obrazki?
Większość tych obrazków to jakiś koszmarnie infantylny chłam z tekstem jako żywo zapożyczonym od Paulo Coehlo. Ani to ładne ani motywujące - ot, jeszcze jeden przejaw nikomu niepotrzebnej internetowej twórczości.
No z dupy zupełnie.
Najbardziej jednak zastanawia mnie, po co komu "zewnętrzna motywacja do treningu". Jak się nie chce - to się nie chce.
Przeca nie od wczoraj wiadomo, że z niewolnika nie ma robotnika.
Najpopularniejsze wykręty od sportu to "nie mam
czasu" oraz "nie ma z kim a samemu/samej mi się nie chce".
Co to znaczy?
To znaczy, że się nie chce. Po prostu. Takie osoby nie mają wewnętrznej determinacji do ćwiczenia, nie czują takiej potrzeby (nie czują, bo ją zdusiły wymówkami; gdyby naprawdę tej potrzeby nie posiadały nie wymyślałyby wymówek i usprawiedliwień) ergo: żaden motywacyjny film/obrazek nic w tym temacie nie zmieni.
Co to znaczy?
To znaczy, że się nie chce. Po prostu. Takie osoby nie mają wewnętrznej determinacji do ćwiczenia, nie czują takiej potrzeby (nie czują, bo ją zdusiły wymówkami; gdyby naprawdę tej potrzeby nie posiadały nie wymyślałyby wymówek i usprawiedliwień) ergo: żaden motywacyjny film/obrazek nic w tym temacie nie zmieni.
Załóżmy jednak że zmieni. Naoogląda się taki filmów na
jutubie, poczuje zryw serca, pomyśli sobie "dobra, koniec opierdalania,
czas się wziąć za siebie" - wzuwa buty, pakuje torbę na siłownię a potem
albo wysiada po niecałym kilometrze albo umiera przez tydzień. Co się w jego
życiu zmieni? Zmieni tyle, że jeszcze bardziej znienawidzi sportu. Znienawidzi,
bo poczuje paskudny smak porażki, bo rozbuchane motywatorami ambicje rozpieprzą
się o kompletny brak kondycji. I powie sobie" Nie dla mnie to, poza tym i
tak nie wyglądam najgorzej, pójdę na dietę i będzie to samo, jakbym
ćwiczył".
Akurat...
Akurat...
Zdychanie po pierwszym treningu to rzecz absolutnie normalna
- człowiek nie ma kondycji, leci na wariata - takie jest prawo pierwszego
treningu. Musi boleć. To, czy po takim treningu człowiek powie sobie
"pierdolę, nie dla mnie taka zabawa", czy zacisnąwszy zęby wróci do ćwiczeń
zależy od jednej jedynej rzeczy. Od motywacji. Nie tej z obrazka, wyciągniętej
z internetu, tylko od determinacji.
Od tego, czy naprawdę się chce, czy mu się tylko tak wydaje.
Powiem krótko: irytują mnie te internetowe motywatory.
Irytują, ponieważ uważam, że motywacja powinna być w człowieku, że musi "się chcieć" - inaczej w ogóle nie ma co się szarpać. Jak się nie chce - to trzeba walnąć się z browarem i dobrą książką a nie jęczeć, że poszedłbym, ale nie ma kiedy, nie ma z kim, nie ma gdzie itd.
Albo się chce albo się nie chce.
Irytują, ponieważ uważam, że motywacja powinna być w człowieku, że musi "się chcieć" - inaczej w ogóle nie ma co się szarpać. Jak się nie chce - to trzeba walnąć się z browarem i dobrą książką a nie jęczeć, że poszedłbym, ale nie ma kiedy, nie ma z kim, nie ma gdzie itd.
Albo się chce albo się nie chce.
Nie jestem w stanie przypomnieć sobie dnia, gdy nie chciało mi się ćwiczyć.
Zawsze mi się chce. Latem, gdy było bardzo upalnie, wstawałem o 4:40 rano, by na spokojnie cyknąć
godzinkę biegu przed wyjściem do pracy. Ktoś powie, że to wariactwo, że woli się
wyspać - ale dla mnie to kwestia tego, że CHCE MI SIĘ. Skoro po południu jest
za gorąco a w dzień pracuję - to albo dymam pomimo gorąca, albo wstaję przed
pracą i dymam razem ze słonkiem.
Bo chcący szuka sposobów a nie-chcący powodów.
Bo chcący szuka sposobów a nie-chcący powodów.
Jasne, każdy czasem ma lenia. Nie jesteśmy terminatorami i
raz w tygodniu zdrowo jest udać się do stoczni remontowej. Nawet dwa razy - gdy ktoś
potrzebuje. Gorzej, gdy ten leń jest stanem przewlekłym - wtedy trzeba sie zastanowić, czy ja na pewno
potrzebuje obrazka z internetu, czy może kopa w dupę? Czy na pewno tak bardzo
mi się chce wyjść pobiegać? Bo skoro szukam wykrętów to chyba nie bardzo?
Czy tak samo szukam wykrętów by poleżeć jeszcze chwilę w ciepłym wyrku?
Czy muszę się namawiać na kolejnego zimnego browarka?
No właśnie...
Czy tak samo szukam wykrętów by poleżeć jeszcze chwilę w ciepłym wyrku?
Czy muszę się namawiać na kolejnego zimnego browarka?
No właśnie...
Rzecz jasna, przegięcie w drugą stronę jest wg mnie takim
samym zboczeniem. Napieprzanie w każdych możliwych warunkach pogodowych, dzień
w dzień to moim zdaniem forma zajoba. Taki sportowy alkoholizm. Jasne, ktoś
powie, że tak lubi - świetnie, ja też lubię, np. zimnego desperadosa bardzo
lubię - ale to nie znaczy, że żłopię go codziennie.
Moim zdaniem, wszystkie te netowe motywatory są też kapkę niebezpieczne. Nie
raz i nie dwa zdarzyło mi się pobiec w dzień regeneracyjny, bo akurat
nakręciłem się jakimś filmem z netu, czy wrzuconym przez znajomych logiem z
treningu na tym, czy innym endomondo. Jasne, nie wolno winić młotka za to, że
ktoś nim rozbił głowę zamiast wbijać gwoździe, ale prawda jest taka, że gdyby
nie te cholerne motywatory, to bym usiedział w domu jak człowiek, wypoczął, dał
sobie szansę...
Póki co jest środek stycznia. Mrozek powoli chwyta, więc
wszyscy internetowi biegacze zapadli w sen zimowy. Będzie tak do kwietnia - a
potem znów zaleje nas fala internetowego chłamu. Znów rozkwitnie fit-to,
fit-tamto, fit- siamto i owamto.
Znowu diety-srety i sześciopak w cztery tygodnie
I znowu znajdę swoje zdjęcie z jakimś durnym podpisem ;)
Znowu diety-srety i sześciopak w cztery tygodnie
I znowu znajdę swoje zdjęcie z jakimś durnym podpisem ;)