I jeszcze non
stop się
do mnie uśmiechają!
Oczywiście,
jasne dla mnie jest, dlaczego, nie ma na nich nawet plamki potu,
nawet kropelka słonej
wody nie rosi ich czoła
– wszystko to ma stwarzać
złudzenie,
że
w ciuchach/butach marki X przebiegnę
maraton bez zadyszki. Dokładnie
tak samo, jak przy preparatach odchudzających
- tylko mnie łyknij
a staniesz się
półbogiem.
Super efekt bez wysiłku.
Bla bla bla...
Patrzę
na te zdjęcia
i uśmiecham
się
pod nosem – bez wysiłku,
bez wody, z muzyczką
w uszach... Najlepsze są
te reklamy nike, gdzie ludzie z dousznymi słuchawkami
od ajpoda, czy innego ajfona suną
gracko niczym gazele. Z doświadczenia
wiem, że
słuchawki
wkładane
do uszu są
nic nie warte. Wypadają
po kilkuset metrach a mało
jest rzeczy w trakcie biegu równie irytujących,
jak konieczność
poprawiania słuchawek
co minutę.
Jak to wybija z rytmu...
Prawdę
mówiąc
nie ma słuchawek
do biegania idealnych. Po piętnastu
kilometrach, kiedy pot nie tylko zalewa oczy (to zaczął
robić
dużo
wcześniej)
ale wpływa
do uszu, nawet najbardziej naturalne, anatomicznie dopasowane i
och-ach-ultra-pro słuchawki
zaczynają
ślizgać
się
po małżowinie
i zwyczajnie irytować.
Na dwudziestym kilometrze w upale nie ma dobrych słuchawek
do biegania. Są
tylko te, które przeszkadzają.
Mam
znajomych, którzy potrafią
bez wody biegać
dystanse po 15-20 km. Są
tacy, którzy robili to w upalne dni. Osobiście
nie wyobrażam
sobie dystansów powyżej
10km bez bidonu, szczególnie latem. Woda to dla mnie podstawa
komfortu, minimum biegowej higieny. Bieg bez wody to niepotrzebna
mordęga.
Owszem, jak wspomniałem
są
ludzie, którzy robią
półmaraton
bez popitki, ale jest też
wielu takich, którzy z trasy wracali karetką...
Bieganie z bidonem, butelką, lub czymkolwiek innym w ręku to bardzo skuteczny biegowy rozpraszacz. W spoconej dłoni ciężko utrzymać cokolwiek, jakkolwiek anatomiczne by to nie było, jakąkolwiek antypoślizgową warstwą by tego nie pokryto. Nic tu nie pomogą żadne frotki na nadgarstku– po godzinie biegu nie ma takiego miejsca, w którym człowiek by się nie spocił.
Im bardziej człowiek jest zmęczony tym więcej rzeczy mu przeszkadza. Półlitrowa butelka, której przez pierwszy kwadrans prawie nie zauważał, po godzinie potrafi doprowadzić do szału. W zależności od charakteru jeden wytrzyma dłużej, drugi krócej, ale koniec końców każdego cholera weźmie.
Każdego, tylko nie tych z reklamy.
Bieganie z bidonem, butelką, lub czymkolwiek innym w ręku to bardzo skuteczny biegowy rozpraszacz. W spoconej dłoni ciężko utrzymać cokolwiek, jakkolwiek anatomiczne by to nie było, jakąkolwiek antypoślizgową warstwą by tego nie pokryto. Nic tu nie pomogą żadne frotki na nadgarstku– po godzinie biegu nie ma takiego miejsca, w którym człowiek by się nie spocił.
Im bardziej człowiek jest zmęczony tym więcej rzeczy mu przeszkadza. Półlitrowa butelka, której przez pierwszy kwadrans prawie nie zauważał, po godzinie potrafi doprowadzić do szału. W zależności od charakteru jeden wytrzyma dłużej, drugi krócej, ale koniec końców każdego cholera weźmie.
Każdego, tylko nie tych z reklamy.
Jedynie
Reebok odważył
się
o w miarę
uczciwe pokazanie, czym faktycznie jest sport – rzecz jasna nadal
w granicach reklamowego „kup mnie a nie czkniesz na maratonie” -
ale już
bez wymuskanych modeli, którzy wyglądają,
jakby dopiero wyszli z szatni. Usmarowani piaskiem i błotem
byli dla mnie najbardziej wiarygodni ze wszystkich, których danego
dnia spotkałem.
O tyle wiarygodni, o ile można
wierzyć
reklamie...
Sport
to wysiłek.
To pot to zadyszka, to walka z samym sobą.
To przeklinanie siebie w duchu, piętrowe
wulgaryzmy, przy których 'napierdalaj ojciec' jest co najwyżej
nienachalną
formą
zachęty.
Sport musi dawać
w kość,
musi wymagać,
musi zmęczyć
– bo tylko wtedy, gdy się
człowiek
męczy,
są
z tego jakiekolwiek efekty. Warto o tym pamiętać
patrząc
na reklamy półbogów
w ciuchach Asicsa , Najka czy innej Pumy.
Kupując ciuchy sportowe nie kupujesz efektu. Możesz kupić lans, możesz się pooszukiwać, możesz nawet kogoś poderwać na ścieżce biegowej, ale prawdziwego efektu nie kupisz za pieniądze. Tutaj walutą jest pot, odciski, zakwasy i wywarczane w duchu przekleństwa.
Kupując ciuchy sportowe nie kupujesz efektu. Możesz kupić lans, możesz się pooszukiwać, możesz nawet kogoś poderwać na ścieżce biegowej, ale prawdziwego efektu nie kupisz za pieniądze. Tutaj walutą jest pot, odciski, zakwasy i wywarczane w duchu przekleństwa.
Mówiąc krótko:
jeśli
pod po dupie nie płynie,
znaczy to tylko tyle, że
słabo
się
przykładasz i żaden ciuch, czy inny gadżet nic tu nie zmieni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz