Poszedłem dziś do ortopedy. Kontrolnie, sprawdzić, czy
ćmienie na zawiasach to coś poważnego, czy tylko normalny efekt zwiększenia
dystansu. Lekarz pomacał, powyginał nogę na wszystkie strony a ponieważ nic nie
bolało bardziej, niż zwykle, dał najbardziej bezużyteczną z rad
"Niech pan tyle nie biega, albo przynajmniej zmniejszy dystans o tych kilka kilometrów"
Żeby zrozumieć dlaczego, choć z medycznego punktu widzenia
rada ta może być jak najbardziej słuszna, dla biegacza jest ona kompletnie
bezużyteczna, trzeba wiedzieć, co takiego biegacza napędza.
Zaczyna się niewinnie. Pierwsze kilometry i zdziwienie
"o Jezu, nie umieram". Pierwsza piątka, pierwsza dycha, pierwsze
pójście na całość. Kiedy uzmysławia sobie człowiek, że oto robi coś, co jeszcze
miesiąc temu wydawało mu się nieprawdopodobne, że kiedyś wypluwał płuca w
szkolnym biegu na 800m (pamiętam, że miałem z
tego pałę w ogólniaku) a teraz robi piątkę "ot tak, dla
zasady", przepala się w mózgu pewien bezpiecznik. Kończą się lęki i obawy,
zaczyna się przekraczanie granic.
Wpadamy w spiralę.
Wpadamy w spiralę.
Spirala polega na nieustannym podnoszeniu wymagań wobec
siebie. A to krótszy czas, a to dłuższy dystans - cokolwiek, byleby tylko
lepiej, niż poprzednio. Gdy się uda - jest euforia. Gdy nie uda - bywa różnie. Istotne jest to, że niezależnie
od wyników treningu, w głowie cały czas pali sie neon "szybciej, dalej,
więcej".
Rozsądek obowiązuje tylko do pewnego pułapu. Gdy biegałem po
10-14km, dystans maratoński traktowałem jako "może, kiedyś, raczej nie w
tym roku". Jednak gdy pewnego dnia, wyposzczony tygodniową przerwą biegłem
18ty kilometr pomyślałem sobie, że w zasadzie, jakby się tak przyłożyć do
treningów... Od tamtej pory maraton z opcji "plany na przyszłość"
awansował do pozycji "do zrobienia w tym roku". Zupełnym mimochodem
dystanse poniżej 10km przestały mnie interesować, bo szkoda ciuchy przepacać na
takie drobiazgi; bo jak już ćwiczyć - to
porządnie.
Niedługo potem, gdy oswoiłem się z dystansem półmaratońskim, weekend bez dystansu powyżej 20km przestał wchodzić w grę. Nie minęło wiele czasu, pojawiły się biegi o piątej rano. Nie mogę biegać dłużej? Będę biegał szybciej, albo zacznę wychodzić wcześniej.
Bieg wraz ze świtem?
Tak, jest w planach...
Niedługo potem, gdy oswoiłem się z dystansem półmaratońskim, weekend bez dystansu powyżej 20km przestał wchodzić w grę. Nie minęło wiele czasu, pojawiły się biegi o piątej rano. Nie mogę biegać dłużej? Będę biegał szybciej, albo zacznę wychodzić wcześniej.
Bieg wraz ze świtem?
Tak, jest w planach...
W spirali najlepsze jest to, że wkręca się w nią człowiek
dobrowolnie. Wariackie godziny biegów? Coraz większe dystanse? Wszystko to
dzieje się bez grama przymusu, wszystko z własnej woli. Nie ma problemów ze
wstawaniem o 4:40, bo człowieka aż niesie, żeby pobiec, żeby zrobić, co jest do
zrobienia, żeby dać sobie w kość, poczuć ten strzał endorfin, że tak, udało
się, że zrobiłem coś extra, coś więcej, lepiej. Że przekroczyłem kolejną
granicę.
Doskonale rozumiem sportowców, którzy igrają ze swoim
zdrowiem. Uczucie przełamywania własnych słabości jest niesamowicie uzależniające.
Haj, jaki daje poprawienie wyników jest
nieporównywalny z niczym. Człowiek czuje się niezniszczalny, czuje że może
wszystko, że nie ma rzeczy nieosiągalnych. Czuje się dumny z siebie i ma ochotę
na więcej.
Niech no tylko odeśpi szaleństwa ;)
Niech no tylko odeśpi szaleństwa ;)
Na co więc takiemu człowiekowi porada "niech pan tyle
nie biega", skoro sensem biegania jest coraz więcej i szybciej? Skoro o to właśnie chodzi,
żeby tego "tyle" było coraz więcej? Że to właśnie owo
"tyle" jest głównym sensem i mechanizmem nagrody?
Tuptać dla samego tuptania?
To jak picie piwa bezalkoholowego - można poczuć smak - ale bez pieprznięcia w głowę to już nie to samo...
Tuptać dla samego tuptania?
To jak picie piwa bezalkoholowego - można poczuć smak - ale bez pieprznięcia w głowę to już nie to samo...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz