Zachciało mi się pobiegać. Ponieważ jednak na bieganie oporowe
jeszcze za wcześnie a truchtanie, o ile grupowo jest całkiem fajne, o tyle w
pojedynkę nudzi mnie okrutnie, postanowiłem wprowadzić małe udziwnienie. Mówiąc
krótko, połączyć bieganie z elementami crossFitu.
Po wczorajszym treningu, czułem wszystkie górne partie
pleców (a miał być sofick lajcik na rozruch, he he...) - stworzyłem więc combo,
które by te plecy rozruszało a jednocześnie nie zabiło gdzieś w środku lasu kabackiego.
Plan był taki:
3 km rozgrzewki do lasu a potem, co kilometr 10 pajacyków, 10 wykroków, 10
burpees. Zastanawiałem się, czy nie za lekki
to zestaw, ale stwierdziłem, że jak na pierwszy raz, na spróbowanie,
może być i opcja ulgowa.
Pobiegłem.
Już pierwszy przystanek dał do zrozumienia, że pod żadnym
pozorem nie jest to wersja ulgowa. O ile pajacyki i wykroki szły bez problemu,
o tyle burpees... Burpees to burpees, zalegalizowana forma sportowego samobójstwa.
Po dziesięciu czujesz ból, po dwudziestu masz dość, po trzydziestu umierasz a
jak zrobisz czterdzieści to jesteś kawał zucha.
W lesie jak to lesie - brudno jest - więc nakładanie białej,
orlenowej koszulki nie było dobrym pomysłem, tym bardziej, że od piątej
"stacji" zwyczajnie padałem na glebę, zaś uświnione ziemią i liśćmi
ręce wycierałem o siebie.
Sam zestaw okazał się być świetnie dobrany. 5 minut truchtu,
3 minuty ćwiczeń, 5 minut truchu, 3 minuty ćwiczeń - akurat, żeby nie wpaść w
rytm biegowy i nie zamęczyć się burpeesami. Wszystko w idealnych proporcjach.
No, może poza dwoma ostatnimi stacjami, na których zwiększyłem liczbę powtórzeń
o 50 i 100%
Ponieważ pobiegłem z paskiem cardio, mogłem zobaczyć, jak
zachowywał się organizm podczas przerw na elementy crossowe. Tak, jak zakładałem,
najwyższe tętno i pobór kalorii był w trakcie burpeesów. Każda stacja to
wzniesienie, którego szczyt przypada na fazę końcową - czyli dokładnie na
burpki. Średnie spalanie przy burpeesach
to ok 130% spalania biegowego, przy czym trzeba pamiętać, że był to dość luźny
bieg - średnio 6.10 min/km.
Bardzo mi się spodobał dzisiejszy wynalazek. Zrobiłem 115 pajacyków, 115 wykroków z kolanem do ziemi, 115 burpeesów i przebiegłem 15km. Wszystko razem zjadło 1230kcal w niecałe 2h. Od tej pory każde
bieganie w lesie, jeśli tylko nie będzie błota, będę łączył z elementami
crossowymi. Poeksperymentuję z ilościami, kombinacjami, może dodam jakieś
pompki, przysiady - tak, żeby ta leśna dycha była jakimś wyzwaniem, żeby coś
się działo
Bo jak jest za normalnie, to jest nudno ;)
Od jakieś czasu szukałem w necie informacji o tym, ile kalorii spala się w trakcie crossfitowego WODa (czyli treningu). Ponieważ nie znalazłem nic konkretnego, postanowiłem sam na sobie sprawdzić, ile energii kosztuje mnie godzinka ćwiczeń. Dane te są mocno orientacyjne, bo raz że mierzyłem zegarkiem z GPS i paskiem do mierzenia tętna - czyli sprzętem bardziej do biegania, niż ćwiczeń siłowych; a dwa - że z racji ogólnego zmęczenia dzisiejszy trening zrobiłem sobie na pół mocy.
Zestaw dnia wyglądał następująco:
30 pajacyków
30 burpees
2 minuty skakanki
3 minuty deski poziomej
3 minuty deski bocznej
36 Toes to bar (zwis + wznosy stóp do drążka - killer na mięśnie brzucha)
20 podciągnięć
40 wznosów nóg w zwisie na kółkach gimnastycznych
minuta stania na rękach
50 przysiadów na jednej nodze (po25 na nogę)
1km lekkiego truchtu
i jeszcze jedno ćwiczenie, którego nazwy nie znam a polega ono na tym, że robimy skłon palcami do ziemi. Wychodzimy palcami, potem dłońmi do pozycji pompki, pompka, nogami podchodzimy do przodu - dupa w górze, ciało wygląda jak odwrócona litera V i znowu dłonmi do przodu, pompka, podejście do litery V i tak przez 20 metrów
Jak na godzinę to taki socik lajcik wyszedł - akurat na rozruch, ale bez dożynek.
Główne spostrzeżenie jest takie, że tylko raz tętno podskoczyło powyżej 160 - było to w trakcie skakanki. Burpeesy, po których spodziewałem się, że przekręcą licznik w zegarku, oscylowały w okolicach 150 uderzeń na minutę.
W przypadku deski (plank), czy stania na rękach tętno spadało do 115 -110 uderzeń - jakbym zupełnie nic nie robił. Tu trzeba wziąć poprawkę na niedoskonałości sprzętu, który nie jest w stanie zmierzyć wysiłku stricte mięśniowego. Co z tego, że w mięśniach pali, skoro jest to palenie izolowane a serce i płuca mają chwilę odpoczynku? Dla urządzenia jest to spadek wysiłku.
Kolejną poprawkę trzeba wziąć na to, że był to trening rozruchowy, któremu daleko do typowego crossFitowego skatowania. Mierząc to subiektywnym odczuciem zmęczenia, była to połówka typowego WODa. Zmęczyłem się, ale nie zmordowałem. Spociłem, ale nie miałem mokro w butach.
Wg zegarka dzisiejsza godzina crossfitu kosztowała mnie 509 kcal. To mało, ale obstawiam, że realistycznie. Dokładając źle policzone ćwiczenia, w których dawałem odpocząć sercu i płucom, było tego jakieś 600 kcal.
Spróbujmy teraz przełożyć to na prawdziwego, grupowego WODa. Zaczynamy od 15 min rozgrzewki, po której wszyscy są spoceni jak świnie. Potem jest 5-10 min na objasnienie treningu, złożenie ciężarów i 25 totalnego wpierdolu na granicy wytrzymałości. Zakończenie, to 10 minut rozciągania i wyciszenia połączonego z dogorywaniem na podłodze.
Wiedząc to, co wiem po dzisiejszym treningu, obstawiam że solidny WOD to jakieś 800kcal. Dwie, dwie i pół stówki na rozgrzewkę, cztery na danie główne i 150 na wszystko pozostałe. Są to, jak już wspomiałem, luźne szacunki. Solidniejsze dane podam, gdy tylko zabiorę zegarek i pas na prawdziwego WODa. Czyli niebawem :)
Na żaden bieg nie czekałem tak, jak na Wigry.
Od czasu, gdy na białostockiej połówce zobaczyłem ludzi w koszulkach Maratonu
Wigry wiedziałem, że chcę tam pobiec. Myślałem, że będę musiał czekać do
przyszłego roku, że bieg już się od odbył - tymczasem okazało się, że biegacze
w koszulkach z bobrem byli ruchomą reklamą biegu zaplanowanego na długi weekend
sierpniowy. Nie było nad czym się zastanawiać - wróciłem do domu, odpaliłem
internet i się zapisałem.
Pozostało tylko czekać.
Pojechaliśmy w pięć osób. Ja na maraton, dwie koleżanki na
krótszy, 13km dystans "Pogoni za bobrem" i żona jako wolontariuszka.
Do tego zabraliśmy biegaczkę z Białegostoku i upakowanym po sufit autem
pojechaliśmy na Mazury.
Baza biegu mieściła się w szkole we wsi Stary Folwark 10 km
od Suwałk. Już sam odbiór pakietu startowego przeniósł nas w inny świat. Mała
wiejska szkoła, tablice poglądowe na ścianach, harmider w korytarzach. Przy
mapie okolicy ktoś ostrzegał, że na trasie będzie sporo przewyższeń i
podbiegów, ale nie chciałem go słuchać. Wolę nie wiedzieć, co mnie czeka -
przynajmniej spokojnie wyśpię się przed biegiem.
Wieczorny poczęstunek w ramach ziemniak party idealnie
trafił w mój smak. Placki ziemniaczane kiszka, babka - nie każdemu musi to
smakować, ale ja zajadałem się jak dziecko cukierkami. Uwielbiam te wszystkie
niezdrowe regionalne smakołyki. Zresztą, jutro spalę ze 3-4 tysiące kalorii.
Mogę jeść pod korek :)
Od 3 rano budzę się co godzinę. Niby spokój i wyciszenie, a
gdzieś podskórnie organizm czuje, że coś się święci. Wstaję o 6 rano. Kubek
kawy, solidny kawał sękacza, pakowanie, zaklejanie i jestem gotów do drogi. Szybki spacer nad jezioro i idziemy pod szkołę.
Na start u stóp klasztoru pokamedulskiego zawożą nas
pomarańczowe, szkolne autokary udostępnione przez wójta. Z łowionych jednym
uchem rozmów dowiaduję się, że jadący ze mną panowie lat 40-50 dali wczoraj
ostro w gaz i startują na kacu. Co kto lubi... Z pewnością wytrzeźwieją na
trasie.
Pod klasztorem pierwsze rozgrzewki i oczekiwanie na chipy.
Wyciągam wazelinę i smaruje się wszędzie tam, gdzie nie chciałbym się
poocierać. "Panowie, smarujecie się?" - zagaduję siedzących nieopodal biegaczy
wyciągając do nich rękę z tubką. Patrzą na mnie, jakbym właśnie ogłosił tęczowy
coming out. No trudno - nie chcecie to nie, nie będę się narzucał ;)
W końcu przyjeżdżają chipy. Stare, wysłużone - ale dla mnie
to tylko kolejny element tej lokalnej amatorskiej układanki. Czy ktokolwiek
jadąc do malutkiej wioseczki na Suwalszczyźnie spodziewał się chipów
wprasowanych w numery startowe? No kaman, może jeszcze krewetek w tempurze...
Zbieramy się do startu, który zupełnie nie wygląda jak start
- kawałek biało-czerwonej taśmy, policja, skromne nagłośnienie - można by
pomyśleć, że to pobojowisko po wczorajszym festynie; że pijany technik
zapomniał pozbierać sprzęt, że zaraz przyjdzie i zwinie manele. Nie ma nic,
nawet napisu "start" - ale nikomu to nie przeszkadza. Wszyscy razem
odliczamy 10-9-8-7 i wiooo, po-szli przed siebie przy wtórze pikających
garminów.
Pierwsze kilometry idą podręcznikowo - spokojnie 5:50-6
na kilometr. Zbijamy sie w grupki,
gadamy - każdy wie, że to dopiero początek i nie ma co szaleć. Na pierwszym
wodopoju nawet sie nie zatrzymujemy - jest dobre tempo, jest woda w
camelbakach. Po chwili dogania nas chłopak z Augustowa, z którym przebiegnę
cały maraton. "Dobrze mi się z wami biegnie, wiec lecę z wami" -
rzuca dobiegając i od tej pory biegniemy we trójkę.
Gdzieś w głowie nieśmiało kolebią się myśli o złamaniu czwórki...
Około siódmego kilometra wbiegamy do lasu. Chwila ulgi dla
głowy, bo zdecydowałem nie brać czapki na trasę (głupio! głupio! głupio!).
Cień, piękne mazurskie lasy. Raz po raz przystaję by zrobić zdjęcie, po czym
muszę doganiać pozostałych. Po jednym z takich przystanków odbijają na tyle
daleko, że gonię ich przez 2km, ale udaje mi się dognać tylko Darka. Agata
wyrwała hen do przodu i po pewnym czasie zniknęła nam z oczu. Wybiega trzecie
miejsce w swojej kategorii wiekowej - ale o tym dowiemy się dopiero na
ogłoszeniu wyników.
Na drugim punkcie przystajemy. Jest sękacz, jest arbuz, jest
woda - aż szkoda byłoby się nie skusić. Zjadam arbuza razem z pestkami. Błąd!
Biorę kawałek sękacza w dłoń i dalej przed siebie.
W okolicach piętnastego kilometra zaczyna brakować energii. Wciągam marcepana,
po którym piję jak smok, ale nie przynosi to żadnego efektu. Nie nadaje się
marcepan na biegi - o nie. Może i ma to furę kalorii, ale strasznie zapycha i
nie nadaje się do jedzenia w biegu. Szczęśliwie Darek poczuł zew natury - więc
przystaję i czekam na niego. Trochę za wcześnie na kryzys. Piętnasty kilometr?
W życiu mi się nic takiego nie przydarzyło. Wyspałem się, naładowałem węglami,
psychicznie wszystko ok - więc skąd takie niespodzianki?
Po dziesięciu minutach przy jednej z chat trzy kobiety tak
po 50/60 lat ustawiły punkt z wodą. Z cudownie lodowatą wodą prosto ze studni.
Dolewam do camelbaka i czuję jak chłód rozpływa się po plecach. Pomaga, ale
tylko na chwilę. Wiem, że zwalniam, więc mówię do Darka, że jeśli chce niech
gna do przodu, bo mnie jakaś niemoc dopadła. W odpowiedzi słyszę, że biegniemy
razem i nie ma co sie przejmować. Od tej pory będzie się to powtarzać co 3-4km
- ja będę mówił mu, by biegł, na co on będzie odpowiadał, że biegniemy razem.
W Bryzglu mijamy kolejny "ochotniczy punkt z
wodą". Co prawda nikogo przy nim nie ma, ale podbiegamy się napić. "Pijcie,
to dla was" - dobiega nas głos z głębi ogrodu. Właściciel, na oko w naszym
wieku, donosi wiadro z wodą. Dziękujemy i wybiegamy z wioski w las. Jest koło
południa, 25 stopni, ani jednej chmurki na niebie.
"W Płocicznej jest knajpa" - zagaja Darek - "może
by tak wpaść na jedno"?
Myślałem, że żartuje, ale kiedy dobiegamy do wioski, skręca prosto do sklepu. W
sklepie tłok, ale w ułamku sekundy, któryś z lokalsów rzuca "sportowcy bez
kolejki, bo biegną na czas" - i faktycznie, kupujemy bez stania w kolejce.
Zanim zdążę otworzyć loda Darek dochodzi do dna puszki - musiało go nieźle
suszyć ;) Panowie nas zagadują, pytają, czy nie podwieźć. Dziękujemy i marszem
ruszamy dalej. Po kilkuset metrach mijamy ochotniczy punkt, na którym gromada
kilkulatków pokazuje dalszy bieg trasy. Na asfalcie kolorową kredą napisane
hasła "Dajecie, się nie poddajecie". Co zatem zrobić - trzeba dawać i się nie poddawać.
Łatwo powiedzieć - trudniej pobiec. Cukru z loda wystarczyło
na 2-3 km. Do punktu kontrolnego dobiegam tłukąc się z myślami. Nie są to myśli
o rezygnacji - o tym mowy nie ma. Tłukę się z własną głową. Kryzys
ciągnie się już dziesiąty kilometr. Podjadam, popijam, ale ni cholery nie daje
to efektu. Już mnie to męczy. Gdzie jest to cholerne przełamanie?
Na punkcie pomiar czasu i dalej przed siebie. Ciężko nazwać to biegiem - truchtamy w okolicach 7 minut na kilometr. Okolica jest przecudna, ale zamiast napawać się widokami raz po raz powtarzam sobie "tylko do pełnego kilometra, potem chwila marszu". Wściekam się, gdzie jest ta kondycja, gdzie moje wybiegania, skąd ta niemoc? Co kilka km powtarzam Darkowi, by zostawił mnie i gnał do przodu, ale za każdym razem słyszę tą samą odpowiedź. "Biegniemy biegniemy". No to biegniemy, choć to bardziej trucht niż bieg.
28km wita nas nachyleniem tak ze 35-40 stopni. Biegniemy
skrajem jeziora. Błoto, zryty piach, ponadgryzane przez bobry korzenie. Raz po
raz potykamy się. Mijamy pierwszych maszerujących, sami też przechodzimy w
marsz. Myślami jestem przy kolejnym punkcie kontrolnym. Odliczam metry, nerwowo
zerkam na GPS.
Punkt na 32gim kilometrze. Najważniejszy punkt tego biegu,
bo stoi na nim moja żona. Biorę buziaka, wodę, jeszcze jednego buziaka i gonimy
dalej. Za dużo nie gonimy, bo zaczyna się solidne nachylenie. Od tej pory przechodzimy
w tryb "bieg po płaskim, marsz pod górkę".
Po kilku minutach zauważamy siedzącego w poprzek drogi
biegacza. Rozpoznaję go, to jeden z tych, który mocniej dociskali. Podbiegamy.
Okazuje się, że złapał go skurcz, ale taki, że nie da rady wstać o własnych
siłach. Próbujemy go rozmasować - ale bez efektu. Po kilku próbach prosi, by
zadzwonić pod numer alarmowy, który podano nam przed startem. Dzwonię, zgłaszam
i biegniemy dalej.
Na zbiegach ostrożnie. I tak nie szarżujemy za bardzo, ale
spotkanie z kontuzjowanym biegaczem dało jasno do zrozumienia, że są rzeczy
ważniejsze niż wynik. Trasa jest trudna, w zasadzie non-stop z górki pod górkę,
środkiem lasu a przed nami jeszcze dycha. Nie ma co szaleć - trzeba dobiec - a
co się po drodze uda ugrać to nasze.
Ostatni punkt, trzydziesty ósmy kilometr. Uzupełniamy wodę,
kawałek arbuza, chwila oddechu i powoli przed siebie. Nogi już ciężkie i
obolałe, ale zaczynamy od zbiegu, więc jakoś udaje się nabrać prędkości.
Biegniemy kładką widokową przez bagna, widoki są bajkowe. Kończy się las i
wybiegamy na wiejską szutrówkę - znowu patelnia i pył.
W okolicach 40tego km
ostatni punkt z wodą - tym razem pod
chatą sołtysa. Darek polewa się wodą, ja wykorzystuję ten moment na sfotografowanie
wywieszonego na traktorze bannera motywacyjnego. Jestem skonany, ale czuję, że
to ostatnie metry. Dam radę. Nie obchodzi mnie czas - chcę po prostu dobiec i
mieć to za sobą.
Biegniemy przez plażę pomiędzy zaparkowanymi przyczepami
kempingowymi i namiotami. Ludzie nas dopingują. "To już koniec" -
krzyczą, ale zupełnie im nie wierzę. W Parchatce ten koniec ciągnął się przez
1,5km. Wybiegamy na prostą, Darek dostaje spida. 300 metrów przed nami stoi
grupka ludzi - pewnie kibice. Ale zara
zara, co tam robi elektroniczny pomiar czasu? To już meta? Zegar pokazuje
4:59:00. Przyśpieszam. Więc jednak uda mi się zmieścić poniżej piątki. Jestem tak skonany, że nie mam siły na zwyczajowego "Slayera" na linii mety. Przystaję, odbieram medal, odpinam chipa. Podchodzi do mnie Agata i częstuje piwem. Jest ciepłe, ale teraz to najlepsze piwo, jakie kiedykolwiek piłem. Ściągam przepocony podkoszulek i powoli, krok za krokiem zbieram się do pokoju. Jestem tak zakręcony że zapominam wyłączyć GPS. Minuty lecą, ale mi to nie przeszkadza. To nie był bieg na życiówkę - raczej bieg o życie ;)
Chyba nigdy nie wyjdę spod prysznica. Zostaję tu do jutra.
Tu, pod tym strumieniem wody. Zapieram się o ściany, by się nie przewrócić i
zamykam oczy. Cudowna, lodowata woda... Prawie tak cudowna jak chłodzący się od
wczoraj desperados. Ostrożnie kładę się w hamaku. Lekki wiaterek, cień, zimne
piwo...
Nie spodziewałem się, że będzie tak trudno. Poprzednie 42km
poszły tak gładko i bezproblemowo, że zwyczajnie uśpiły moją czujność. Poczułem
się pewnie, zbyt pewnie - odpuściłem z dystansami na rzecz krótkich
wytrzymałościówek i to odpuszczenie obiło mi się bolesną czkawką. Druga kwestia
to trasa - czym innym jest bieganie po płaskim, w cieniu a czymś zupełnie innym
jest nieustanne bieganie z górki po górkę, po szutrach, piaskach, uważając na
korzenie i efekty bobrzej aktywności. Spodziewałem się, że będzie to bieg
terenowy - ale czym innym jest się tego spodziewać a czym innym pobiec. Nie
byłem przygotowany na taką trasę i dostałem od niej solidną lekcję pokory.
Największym zaskoczeniem był dla mnie jednak
dwudziestokilometrowy kryzys. Pojechałem wypoczęty, wyspany, naładowany
węglami, bez nerwów i stresu - baza psychofizyczna była więc idealna - a mimo
to, zupełne nie wiem skąd dopadła mnie ściana, z którą biłem się w zasadzie do
samego końca. Nauczyło mnie to jednego: nie należy lekceważyć dystansu; nie
wolno być zbyt pewnym siebie, bo nigdy nie wiadomo, co zaszwankuje, skąd
wyskoczy niespodzianka. Choćby się człowiek czuł doskonale przygotowany, zawsze
może być jakieś "ale".
Potwierdziły się także słowa znajomego, że maratonu nie
należy biec samemu. Trafił mi się świetny kompan biegowy, który dał mi odczuć,
że naprawdę biegniemy to razem. Za wiele
nie gadaliśmy, ale swoją postawą dał mi wielkie wsparcie. Choć co kilka kilometrów
"wyganiałem" go do przyspieszenia, został ze mną do samego końca i
ani przez chwilę nie dał mi odczuć, że robię za ogon.
WIELKIE DZIĘKI, Darek!
Na Maraton Wigierski czekałem jak dziecko na św. Mikołaja i dostałem dokładnie to, czego oczekiwałem. Super okolica, wymagająca trasa, pyszne regionalne jedzenie (Chłodnik, przed którym klękajcie narody). Do tego super reakcje ludzi (woda, kibice), świetny kolega na trasie, bardzo sympatyczni organizatorzy no i MEGA drewniany medal - zdecydowanie najfajniejszy ze wszystkich, które do tej pory wybiegałem.
Czapkę z głowy należy zdjąć przed organizatorami. Maraton
Wigry to de facto dziecko biegowego małżeństwa - dwójki ludzi, którzy sami
pociągnęli tak wielkie przedsięwzięcie. Gdy wieczorem, przy ognisku opowiadali,
ile pracy trzeba było w to włożyć, ile niespodzianek i ludzkiej nierzetelności
wyskoczyło po drodze, ile organizacyjnych detali trzeba było podopinać -
słuchaliśmy i robiliśmy coraz większe oczy. Najlepsze w tym było jednak to, że
z punktu widzenia uczestnika biegu, nie było tego widać. Owszem, były jakieś
drobiazgi - ale drobiazgi są zawsze. Na Orlenie też były
"niespodzianki" - a gdzie impreza za grube miliony a gdzie bieg
organizowany przez dwójkę zapaleńców i kilka życzliwych dusz?
Podsumowując Maraton Wigry mogę dodać tylko jedno: Pilnujcie
przyszłorocznych zapisów, bo mam przeczucie, że chętnych będzie więcej, niż
miejsc.
Ja tam wrócę na pewno.
Właśnie mija miesiąc od pierwszego treningu crossFitu, więc
jest okazja do małego podsumowania, co ten miesiąc zmienił w moim życiu.
Brzmi szumnie, ale uważam, że nie bezpodstawnie.
Przedefiniowałem
słowo "hardkor". Rzecz jasna szczytem nadal pozostanie bycie przy
narodzinach córki, ale to doświadczenie absolutnie poza klasyfikacją - więc
zostanę przy doznaniach sportowych ;)
Jeździłem rowerem, chodziłem na siłownię,
pływałem, jednak żaden z tych sportów nie był nawet w połowie tak wyczerpujący,
jak standardowy trening na crossie. Mogę śmiało powiedzieć, że dopiero na
crossie poczułem, co to jest prawdziwe wycieńczenie. Treningów na siłowni nawet
nie ma co porównywać - bo to tak, jakby obok siebie postawić rower i ciężarówkę
Scania. Mimo, że na siłowni się nie opieprzałem i dawałem z siebie max, rzadko
kiedy byłem naprawdę spocony. Na crossie zawsze jestem spocony w ciągu
pierwszych 2-3 minut. Po pięciu ćwiczę bez koszulki. Po dziesięciu mokre
spodenki oblepiają mi nogi.
Nigdy wcześniej nie lało się ze mnie jak z dziurawej rury. Nigdy wcześniej nie
chlupało mi w butach od potu.
Na crossFicie to standard.
Wyrzuciłem ze słownika słowo "niemożliwe". Wiem,
że brzmi to jak frazes z Paulo Coehlo, ale czuję, że nie ma rzeczy
niemożliwych. Oczywiście, zaraz ktoś powie "a to spróbuj gołemu w kieszeń
nasrać" (odpowiadam, że można - kangurowi), ale słowne gierki zostawmy na
boku. Jeśli chodzi o sport - nie ma rzeczy niemożliwych - są albo te, których
jeszcze nie próbowałeś, albo te, do których niewystarczająco się przykładasz. I
koniec.
Któregoś dnia na treningu musiałem zrobić 100 pompek w staniu na rękach. Stówa.
Na rękach. Kiedy ja ledwie pół minuty w staniu na rękach się utrzymam - a tu
jeszcze pompki trzeba robić! Robiłem więc wersję ułatwioną - ale zrobiłem.
Umordowałem się przy tym strasznie - ale zrobiłem. Widziałem, jak bardziej
doświadczeni koledzy robili tą stówę w wersji pełnej i myślałem sobie, że skoro
oni - to i ja mogę - musze tylko mocniej ćwiczyć. Dać sobie czas, dawać z
siebie wszystko i któregoś dnia ja też zrobię 100 pompek w staniu na rękach.
Podobnie było ze skakankami. Kiedyś tam na siłowni coś
próbowałem, ale szło opornie - więc sobie odpuściłem. Na crossFicie nie ma, że
odpuszczasz bo nie idzie/nie umiesz - masz zrobić i koniec. Najpierw potykałem
się o własne nogi, potem zrobiłem 100, potem 200, potem 666 a potem zrobiłem
1500 i wiem, że to dopiero początek, że któregoś dnia, dla czystej swojej
satysfakcji, dla rekordu zrobię 10 000 skakanek. Ot tak, bo mogę, bo nie ma
rzeczy niemożliwych.
Kiedy patrzę na to, co robią koledzy na treningach - a robią
rzeczy tak nieprawdopodobne, jak minutowe poziomki, czy podciągnięcia ze zwisu na
kółkach gimnastycznych wiem, że to wszystko kwestia czasu i treningu. Że jeśli
przyłożysz się odpowiednio długo i mocno, zrobisz wszystko.
To chyba najważniejsza zmiana, jaką crossFit wprowadził do mojej głowy.
CrossFit pomógł mi też w bieganiu. Do tej pory biegałem
zachowawczo, tak, by zawsze mieć siłowy margines bezpieczeństwa, by nie
wypstrykać się z energii. Crossowe hardkory nauczyły mnie dociskać mocniej,
dawać z siebie więcej, balansować bliżej granicy wytrzymałości. Efekt tego jest
taki, że w ciągu ostatniego miesiąca dwa razy skróciłem życiówkę na 10km (razem
o 2,5 minuty)
Są też rzeczy mniejsze, lecz również istotne, jak ogólne
samopoczucie. Czuję sie bardziej skondensowany, zwarty, chodzę bardziej
wyprostowany. Kilogramów mi nie ubywa, za to zmiany w lustrze dostrzegalne są
gołym okiem. Brzuch, który zawsze był moim problemem, nagle zaczyna się chować,
ukryte pod skórą mięśnie zaczynają być widoczne bez napinania. To zresztą
kolejne zaskoczenie i w pewnym sensie odkrycie. Okazało się, że aby mieć dobry
brzuch, same brzuszki to nie wszystko - to raptem (mniejsza) połowa sukcesu.
Efekt wizualny przychodzi wraz z ogólnym przyłożeniem się do "core" -
boków, pleców, brzucha. Dopiero ogólne "wysportowanie" sprawia, że i wygląda
się dobrze.
I to tyle z rzeczy najważniejszych. Moim zdaniem to bardzo
dużo, jak na miesiąc. Powoli zwiększam ciężary, ćwiczę coraz poprawniej technicznie
i, co najważniejsze, mam z tego wieeelką frajdę.
Nie wiedziałem, że samobójstwo na raty może być tak przyjemne :)
Tydzień zaczął się delikatnie. Po niedzielnym wybieganiu
zrobiłem uczciwy dzień regeneracyjny. Wtorkowy crossFit był taki sobie. Z
jednej strony dałem po garach oporowo, z drugiej zaś miałem poczucie niedosytu,
głównie dlatego, że zwyczajnie zabrakło mi kondycji i nie zrobiłem wszystkiego tak,
jakbym tego od siebie oczekiwał. Środowe, przeokrutne zakwasy na najszerszym
pleców rozwiały ów brak satysfakcji na cztery wiatry. Gdyby były kacem -
leżałbym pod kroplówką w oczekiwaniu na dawcę nerki. Znaczy się, że nie było
tak sobie. Było bardzo dobrze, bo dałem z siebie wszystko, co tego dnia
mogłem. Gdybym ćwiczył na pół gwizdka, nie skomliłbym z bólu przy byle ruchu.
Sprawdziłem środowe plany na cross - głównie brzuch + skakanka - akurat żeby się
umordować a jednocześnie dać plecom trochę odpocząć. Mniut. Porozciągałem się
zdziebko, powyłem z bólu i pojechałem na cross. Zgodnie z zasadą złośliwości
losu, lajcikowy trening dojechał mnie jak Rocco Teresę Orlovski. Dość
powiedzieć, że machnąłem 1500 skakanek...
Obudził mnie ból mięśnia ramienno promieniowego. Ale jaki
ból - nie dałem rady ręki rozprostować! To teraz miałem duet - bolały plecy i
ręce. Bolały tak, że podcierając zadek zaciskałem zęby z bólu... Myślałem, że
jak wczoraj - porozciągam się trochę i dam radę pójść na trening, ale gdy
zobaczyłem, że dziś w planach są głównie ręce i barki, poddałem się zdrowemu
rozsądkowi.
Nie. Dziś jest dzień regeneracyjny.
Z jednej strony boli jak cholera a z drugiej szkoda tak w
domu siedzieć. Nosi mnie jak alkoholika za flaszką. Za oknem lepki kisiel - wg synoptyków mamy
najgorętszy dzień w roku, spokojnie powyżej 35 stopni - a ja już kombinuję, jak
tu pobiegać. Do lasu mam 3km... W lesie będzie chłodniej, do Powsina blisko - więc
będzie gdzie wodę uzupełnić... Dobra, nie ma co się zastanawiać, szykujemy
graty i wio.
Wychodzę w samo południe. Zahaczam o sklep - jeden snickers
od razu, drugi na później. Powolutku zaczynam biec. Wypoczęty, nawodniony -
pierwszy km idzie zaskakująco dobrze, ale im dłużej tuptam po asfalcie tym
mocniej odczuwam, jaki jest gorąc. Do lasu mam 3km. gdzieś na drugim
przypominam sobie wczorajszą lekturę Scotta Jurka a dokładnie fragment, w
którym opisywał swój kryzys w Badwater. Gorąco ci? Tam było jeszcze 10 stopni
więcej - więc dajesz ojciec, dajesz.
Dobiegam do lasu. Ściągam czapkę i ciemne okulary. W lesie
jak w tropikach - niby kilka stopni mniej, niż na osiedlu, ale nagrzane upałami
drzewa już nie dają takiego chłodku, jak w normalne dni. Trudno, będzie
bieganie w tropikach. Wiedziałeś ojciec na co się piszesz.
Pierwszy kryzys przychodzi po 5km. Jest cukier, jest woda,
jest siła w mięśniach - więc organizm
próbuje wejść na psychikę. Zaczyna się kombinowanie, szukanie wykrętów,
biadolenie, jaka to kiepska pogoda na bieganie... Zduszam to i biegnę dalej, choć
ciężko to biegiem nazwać - GPS cały czas pokazuje 6:50/7:05 na km - taki męczący
trucht. Chciałby człowiek przyspieszyć, ale raz, że organizm nie pozwala (no
gdzieś jednak jest ta granica wydajności) a dwa, że wiem, że im mocniej docisnę,
tym szybciej skończę - a dziś nie chodzi o to, by szybko skończyć. Dziś mają
być dożynki, doświadczenie krańcowe.
Turlam się więc po lesie licząc każde 100 metrów. Psychika
cały czas balansuje na granicy odpuszczenia. Przechodzę w marsz, popijam
solidnie z rurki. Woda jest ciepła jak ulepek. Niby popijam cały czas, więc woda
w rurce grzeje się max 2-3 minuty a mimo to ma temperaturę 30-tu stopni.
Uspokajam oddech i wracam do biegu. Do Powsina jakieś 2,5km - spróbuję zrobić
to bez zatrzymania. Wody w plecaku coraz mniej, więc zaczynam ją sobie
racjonować.
W Powsinie GPS pokazuje 12,5km - znaczy się bliżej, niż
dalej. Dopadam wodopoju. Głowa pod kran, potem camelbak, potem snickers i
dłuuuugie picie. Chwila odpoczynku i z powrotem w las. Nawodniony, nacukrzony
po 500 metrach w słońcu czuję, że znowu nie mam siły. Nakładam czapkę, zwalniam,
turlam się. Byle nie myśleć o wysiłku. Najlepiej się czymś lekko podkurwić - o
tak - na wkurwie cudnie się biega. Ale czym tu się podgotować? Ostatnio jakoś
wszystko dobrze idzie, nic mnie nie zapienia... To może o seksie - to mi zawsze
dobrze głowę zajmuje. Seks i przemoc - dwa główne "nośniki" - jaki
człowiek jest prosty i nieskomplikowany :)
Odpływam w fantazje, gdzieś mi znikają kilometry...
18km i ponowny kryzys - tym razem fizyczny. Kończy się cień,
kończy się energia. Byleby dobiec do sklepu - będzie gdzieś koło 20km. Tam coś
zimnego do picia i kilometr jakoś sam zleci. Byle tylko do sklepu...
W sklepie jak w raju - klima na 20 stopni - co najmniej o połowę mniej, niż na podwórku.
Staję pod nawiewem i ociekam... Podchodzę do lodówki - izotników jak na lekarstwo,
za to piwa - 60, może 70 rodzajów. Przez dłuższą chwilę biję się sam ze sobą, w
końcu kupuję napój energetyczny i proszę kasjerkę, by go otworzyła, bo mi się
ręce ślizgają...
Ostatni kilometr. Po 300 metrach znowu chce mi się pić! Gdzie te wszystkie płyny znikają? Przecież to niemożliwe, żeby człowiek tak
szybko się odwadniał, przecież cały czas popijam z camelbaka. Żar od chodnika
daje niemiłosierny. Jeszcze 500metrów. Ścinam przez lasek i już prawie dom.
Jeszcze tylko zakręt, drugi zakręt i już. Wyłączam GPS. Już po wszystkim.
Nie wiem, skąd się to bierze.
Normalny człowiek, gdy go boli, smaruje się jakimiś cudami, czeka aż przestanie
boleć albo zwyczajnie wali browca, żeby ten ból jakoś uśmierzyć. Ja mam
inaczej. Boli? To dobrze! Znaczy się człowiek żyje i daje do wiwatu.
Normalny człowiek nie lubi się zarzynać. Ja lubię. Lubię
skotłować się do stanu, w którym jestem jednym splątanym kłębkiem zmęczenia.
Lubię dawać po bandzie, sprawdzać, czy można jeszcze trochę. Oczywiście,
słucham swojego organizmu i, wydaje mi się, potrafię rozpoznać, kiedy jest to
zwykłe marudzenie a kiedy naprawdę boli i trzeba przestać. Dlatego np. dziś
kilka razy przeszedłem do marszu, zamiast uparcie napierać biegiem.
Lubię robić niemożliwe. Jeśli coś jest poza moim zasięgiem -
sięgnięcie po to daje podajrkę, jaką zna chyba tyko dziecko, które podpieprzy
coś, co rodzice skrzętnie ukryli. Jest w tym jakaś pierwotna, zwierzęca radość.
Satysfakcja z przesunięcia swoich możliwości.
Dobrze się wtedy czuję, oj dobrze :)
Miałem nie jechać.
Nie przepadam za krótkimi dystansami, ponieważ pierwsze 3-4 km to u mnie rozgrzewka i ani się człowiek dobrze nie rozpędzi - a to już po bieganiu. Jak się męczyć - to konkretnie. Dałem się jednak namówić, bo znajomi
jechali, obiecywali, że fajnie będzie.
No to się zapisałem.
Pojechaliśmy z samego rana. Start 7:20, na miejscu byliśmy 2
godziny później - i jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że wszystkie
co lepsze miejsca parkingowe są już zajęte. Nie ma jednak tego złego,
zaparkowaliśmy w cieniu pod drzewkiem i pognaliśmy do biura zawodów.
W biurze jak w zegareczku - organizacja sprawna, numery
wywieszone do sprawdzenia. Co prawda wg interneta miałem numer 323 a wg kartki
208 - ale to detal. Organizacja biura zawodów była bardzo sprawna i konkretna.
Duży plus jeszcze przed startem.
Gdy zebraliśmy się wszyscy ma starto-mecie okazało się, że
było nas dobrych kilkanaście osób (5 samochodów). Liczniejsza od nas była chyba
tyko grupa "biegusiem.pl", ale to my mieliśmy psa - więc wygraliśmy przez nokaut ;)
Jeszcze przed
startem, poniosło nas (tj mnie i Adama) biegiem pod górkę. 180 metrów stromego
podbiegu dało przedsmak tego, co miało nas spotkać już za chwilę. 3/4 wysokości
jeszcze biegliśmy, ale finisz był juz zwykłym marszem.
Na dole Krzysiek i Sylwia robią nam smaka zimnym piwkiem - nie biegną - więc
mogą sobie pozwolić.
Spokojnie, swoje piwko wypiję już za godzinkę z małym hakiem - jest motywacja do
biegu ;) Nie zmienia to jednak faktu, że takie robienie smaka jest zwyczajnie
niehumanitarne.
11.02 startujemy. Jeśli komuś wydawało się, ze bieg będzie
szybki łatwy i przyjemny, to po 300 metrach, prysły wszystkie złudzenia.
Zaczęliśmy ostrym podbiegiem - tak na 3-4 minuty biegu. Wąska, leśna ścieżka, pocięta
korzeniami i koleinami od deszczu - trzeba uważać, jak się nogi stawia bo o kontuzję nietrudno. Tłok,
ścisk pierwszych metrów. Potem wybiegamy w pełne słońce i dociera do nas, że
temperatura wynosi jakieś 30 stopni. Stawka się nieco rozluźnia, więc kto miał
przycisnąć - ten przyciska. Biegniemy
pylistą, polną ścieżką. Pył w oczach, żar z nieba - a to dopiero drugi
kilometr.
W okolicach 2,5km zaczyna się pierwszy hardkorowy podbieg.
Pierwsi biegacze przechodzą w marsz. Jeszcze podbiegam, jeszcze przerzucamy się
żarcikami z Moniką, ale uda swoje czują. Już wiadomo, że lekko nie będzie - a
to dopiero 1/4 biegu. Wypadamy na prostą, śmichy, chichy, chwila oddechu. Na
4km mijamy wolontariusza, który informuje nas, że Monika jest 21sza w
klasyfikacji kobiet - znaczy się ładnie napieramy. Lecimy przez pola uważając na wyżłobione przez
furmanki koleiny, słońce praży, nogi ślizgają się na długiej trawie. Nie ma
lekko.
Zaczynamy zbieg. Nachylenie ze 25 stopni. Trzeba hamować, by
nie polecieć z górki na pazurki. Na twarz się znaczy. Wypadamy na trasę startu,
biegniemy przez parking. Tu kończą piątkowicze, ci z dychą biegną dalej. Niby
nic, ale bieg po betonowych płytach jest strasznie nieprzyjemny, zwalniam,
czuję się jak w kisielu. Na poboczu żona coś krzyczy i dopinguje. Podbiegam,
zabieram buziaka i gnam dalej. Dopadam punktu z wodą. Wolontariuszka podaje mi
dwa kubeczki. "Jeden na głowę, drugi do picia" - mówi - a mi robi się
słodko na sercu, bo czuję, z dziewczyna dokładnie wie, o co chodzi. Zatem jeden
na głowę, jeden do dna i lecimy dalej.
Jednym uchem łapię rozmowę dwóch, chyba
lokalnych biegaczy, którzy mówią, że teraz to zacznie się prawdziwy hardkor. A
przepraszam, że do teraz to co było, psie figle? Przez 2km biegnę za nimi
czekając na ten hardkor. Biegnę, biegnę a że hardkoru nima - to przyspieszam.
Mijam Joasię, rzucam motywacyjne "gdy zwalniasz Stachursky nagrywa nową
płytę" i lecę dalej. W planach mam docisnąć od ósmego km do mety;
tymczasem w okolicach ósmego km zaczyna sie taki podbieg, że mimowolnie wyrywa mi się z ust
"chyba kurwa żartujesz". Nachylenie ze 35 stopni. Czekałeś na
hardkor - to proszę bardzo :) Piasek w nogach, przekleństwa na ustach i jedno pytanie: "kiedy to
się skończy? "
Wychodzę na płaskie. "Ogień" - krzyczę do siebie -
"a takiego" odpowiadają mi nogi. Dopiero po 200 metrach jako tako nabieram
tempa. Dopadam dziewiąty km. "Jeszcze tylko półtora km, 1,2 w
zasadzie" - mówi wolontariuszka -
więc dociskam. Zaczyna się OSTRY zbieg, ale nie zwalniam. Biegnę takim
tempem, że boję się pomyśleć o potknięciu. Nie myślę, tylko biegnę a w zasadzie skaczę od jednej ściany wąwozu do
drugiej. "Monia, napierdalaj" -
krzyczę do mijanej Moniki, ale ta
odkrzykuje, że dla niej za stromo. Wariactwo ostatnich metrów daje o sobie znać. Lecę jak głupi, przeceż zaraz meta.
Lecę, lecę a mety ni widu ni słychu, jest za to długa prosta przez pole.
Biję
przez pole, potem zbieg tak ze 20 stopni nachylenia, wbieg do wioski i kiedy
czuję, że to już, zaczyna się delikatny podbieg po betonowych płytach. I znowu
odcięcie. Nikt nie biegnie, wszyscy maszerują. Niby ledwie kilka stopni
wzniesienia a nie ma ani jednej osoby, która by biegła. Próbuję zmusić nogi,
zmotywowac psychikę - a gdzie tam - odcięcie prądu i koniec dyskusji. Podbiegam co 50 metrów i
to wszystko na co mnie stać. Dopiero gdy wybiegamy na płaskie, nogi wracają do
pracy. Wg GPS biegnę jakieś 6min/km ale odczuwalnie ruszam się jak mucha w
smole. Krok za krokiem jednak konsekwentnie przyspieszam. Przyspieszają też
inni - znaczy się, że meta już blisko. Zapieprzamy jak dzikie wieprzki. Ostatni
zbieg, wbieg na parking i ostatnie 300 metrów po betonie. Znowu kisiel.
Przyciskam ile fabryka dała. Znajomi, ktorzy dobiegi wcześniej krzyczą
"dajesz Krzychu" - więc daje
ile mogę. Wpadając na metę - tradycyjnie
- ręce do góry i "Slejeeeer" ile pary w płuchach. Dopada mnie
wolntariuszka. "Zapomniał pan medalu". Nie, nie zapomniałem, tyko
trochę się rozpędziłem. Dziękuję. Gdzie jest moja żona?
Jest
i żona, jest córka. Daję jej medal, oddaję chip. "Córcia, ale tego się nie je". "Tato, ale to
ciastko". Sprawdzam - faktycznie
- medal jest z lukrowanego piernika.
Próbuję córce odebrać medal, ale nie ma takiej opcji. Mam tylko nadzieję, że
nie zje go potajemnie...
Oddaję
chip i idę po leczo. Jest gorące i prze-pyszn-ne. Siadamy na schodach karczmy
parchatka i zajadamy. Ktoś upuszcza swoją miskę. Pies jest wniebowzięty. Idę po
piwko do baru. Obsługa w ledwie
kontrolowanej panice - ewidentnie nie
spodziewali się takiego nalotu, nie przywykli do takiej ilości klientów.
Spokojnie czekam w kolejce i biorę zimne tyskie. Chillout mode: ON.
Niebawem
zaczyna się losowanie nagród. Jeden z naszych wygrywa cztery litry spryskiwacza
do szyb i różową torbę na ramię. Są wiwaty i śmiechu co nie miara. Zbieramy się
do Kazimierza. Rybka, lody i pifko na trawie tuż obok wisły. Wyciągam z kostki
kleszcza, który jeszcze nie zdążył sobie popić. Pełen relax, śmichy-chichy.
Dobrze jest.
Bieg
Szlak Trafi jest dzieckiem dwóch biegowych wariatów. Rzecz jasna, poza
nimi była cała masa osób, dzieki którym
stał się możliwy, ale "ojców założycieli", z tego co wiem, było dwóch. Jeśli chodzi o
ocenę strony organizacyjniej - należy
się chłopakom szkolna szótska z plusem. Biuro zawodów działało jak w zegarku,
oznakowanie trasy dużo lepsze niż na Orlen Maratonie przy nieporówywalnie mniejszych zasobach
ludzko- finansowych. Do tego plac zabaw + animacje Myszki Norki dla dziatwy,
której biegacze przywieźli dość sporo. Po biegu woda + pyszne leczo z bułką (
córka zeżarła mi pawie 1/3, ale co tam - niech jej na zdrowie wyjdzie ). Był,
co prawda jeden incydent z chłopem, który koniecznie chciał przejechać przez
parking na swoje pole, ale wziął się głównie z tego, że któryś z biegaczy tak
zaparkował auto, że nie było jak przejechać. Tak kochani, debile są wśród nas.
Tak, czy owak, dla mnie, jako biegacza, sytuacja przeszła niezauważona - a to tylko plus dla organizatorów - znaczy się potrafią okiełznać sytuacje
nieprzewidziane, czym jeszcze bardziej zaplusowali.
Toi-tojów
było tyle, ile trzeba, do tego umywalki do obmycia się po biegu - jak na bieg
terenowy zaplecze było niemalże deluxe. Do tego jeszcze ten nieuchwytny lokalny
"feeling" - ekologiczne torby startowe, leczo po biegu, 4litry płynu do spryskiwaczy, który
można było ugrać w pobiegowym losowaniu...
Nie
mogę inaczej podsumować biegu, jak w samych superlatywach. Krótka, acz bardzo
wymagająca trasa, bardzo ładna okolica, świetna organizacja, imprezy
towarzyszące. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że chłopaki pójdą za ciosem,
sponsorzy dopiszą i za rok do wyboru będzie dycha i półmaraton.
Bo maraton w takich warunkach - to chyba
tylko pod Iron mana ;)
Zaczęło się kompletnie przypadkowo. W trakcie kilkudniowego
ciągu biegowego znajoma podesłała mi "obrazek na opamiętanie". Obrazek
pochodził ze fejsbukowego profilu crossFit
Podlasie. Kliknąłem w profil, poczytałem, pooglądałem i nie minęła chwila, gdy
szukałem crossFitu w Warszawie. Okazało się, że mam go pod nosem - 10 minut od
pracy.
Bywałem zmęczony, robiłem półmaratony na ostrym kacu, ale
pierwszy trening CF to był koszmar, którego, choćbym chciał, nie byłbym w
stanie sobie wyobrazić. Przyzwyczajony do jednostajnego, długotrwałego wysiłku,
jakim jest bieganie, byłem kompletnie nieprzygotowany na godzinę treningu
explozywnego, nieustannego balansowania na granicy możliwości, pracy daleko
poza progiem bólu. To nie był trening, to był wpierdol. Byłem skatowany,
skotłowany, roztrzęsiony i nieprawdopodobnie z tego wszystkiego zadowolony.
Mokre ciuchy oblepiały mnie jak zużyte szmaty, każdy centymetr ciała wył w
niebogłosy a ja czułem, że to jest to, że jutro idę wykupić karnet, że zostanę
tu na dłużej.
Najkrótszym określeniem crossFitu byłoby: mix ćwiczeń
aerobowo siłowych wykonywanych na szaleńczej intensywności, bez chwili
odpoczynku.
Typowy trening wygląda +- tak: Robimy kilometr biegu, potem 15 pajacyków, 15
przysiadów, 15 pajacyków przednich, 15 burpees (padnij-powstań-podskocz) 15 Double
Unders (dwa obroty skakanką na jeden podskok, skakanka z podwójną szybkością)
300 m biegu z piłką lekarską na ramieniu/nad głową, 20 wymachów kettlem +
rozciąganie.
To jest rozgrzewka, która zajmuje ok 15-20 minut
Następnie jest danie główne, czyli trening właściwy. Na
ostatnim treningu wyglądało to tak:
Bear Complex : martwy ciąg, zarzut sztangi, przysiad ze
sztangą, wyciśnięcie do góry, przysiad ze sztangą za plecami, wyciśnięcie do
góry
Na koniec zostaje 10 minut rozciągania i wyciszenia, co w
praktyce przekłada się na dogorywanie na podłodze.
Jednym z ciekawszych doświadczeń związanych z crossFitem
jest przewartościowanie własnej kondycji. Do niedawna wydawało mi się, że jestem
nieźle wysportowany, kondycję mam niczego sobie, w końcu biegam po 200km
miesięcznie - tymczasem jeden trening CF udowodnił mi, że wcale nie mam
kondycji, że tak mi się tylko wydaje. Poczułem, jakbym ponownie zaczynał od
zera.
Rzecz jasna, trochę tu sytuację upraszczam. Nie chodzi o to,
że w ogóle kondycji nie mam. Rzecz w tym, że bieganie a CF to są dwa zupełnie różne typy wysiłku i o ile przejście z CF do
biegania daje jakieś "bonusy startowe" o tyle przechodząc z biegania
do CF, bonusów takich nie odczułem. No, może biegi idą mi nieco lżej - ale to
naprawdę "nieco". Nie więcej.
Zasadnicza różnica pomiędzy bieganiem a CF jest taka, że
biegam tak, jak mi kondycja pozwala, zaś na CF ćwiczę tak, jak jestem do tego
zmuszony. Rzecz jasna, nikt mnie do tego nie zmusza siłą. Umowa jest taka, że
skoro tam przychodzę - to właśnie po to, żeby dotrzeć do granicy. Treningi CF
skonstruowane są tak, by za każdym razem było to doznanie krańcowe, zaś
bieganie...
Z tym bieganiem mam pewien problem, ponieważ jest to
aktywność, która organizuję sobie sam - sam jestem sobie trenerem, sam się
motywuję oraz, gdy zaczyna naprawdę boleć, sam sobie odpuszczam. Nie mam
problemów z bieganiem długich dystansów, czy biegiem w upał. Problemem jest dla
mnie przekroczenie w biegu granicy zdrowego rozsądku. Nawet, gdy podnoszę sobie
dystans, podnoszę go tak, by mieć pewność, że na pewno go pokonam. Gdy przyśpieszam,
zawsze jest to przyśpieszenie, które kontroluję. Wewnętrzne mechanizmy bezpieczeństwa
cały czas czuwają, bym nie przeholował.
Na crossFicie jest zupełnie odwrotnie. Na dzień dobry
dowiadujesz się, że masz do zrobienia coś absolutnie ponad swoje siły, po czym...
robisz to, bo po to tu przyszedłeś, bo wszyscy wokół robią, bo będzie wstyd
przed samym sobą.
Przykład z tego tygodnia: 100 pompek w staniu na rękach. Do głowy by mi nie
przyszło nawet o tym pomyśleć. Toż to abstrakcja kompletna! Zrobię jedną, może
max dwie, ale stówa? Tymczasem z trenerem nie ma gadania, bo po to tu
przyszedłem, żeby robić niemożliwe. Nie podoba się - wracaj tam, gdzie jest ci
wygodnie. Więc robię. Robię nie pełne, poprawne pompki w staniu na rękach, ale
wersję uproszczoną, z nogami na skrzyni, która co prawda nijak ma się do wersji
właściwej, ale jak na mnie jest wersją maximum i przyzwyczaja do coraz większego
ciężaru na barkach. Robię dychę. Przerwa. Druga dycha. Przerwa. Potem Osiem...
Siedem... Sześć... i tak kawałek po kawałku dobijam do stówy. Na koniec, od
siebie dorzucam jeszcze dychę, bo w końcu robiłem to w wersji oszukanej. Tylko
czy aby na pewno oszukanej? Tu nie chodzi o to, by zrobić coś idealnie, jak z
podręcznika. Chodzi o to by zignorować ból i zrobić co jest do zrobienia, by
dać z siebie maximum, dojść do granicy i przesunąć ją.
Przykład drugi: skakanka.
Na crossFicie skacze się Double Unders, czyli skakankę na podwójnej prędkości
(jeden podskok, dwa obroty skakanki). W życiu na skakance nie skakałem a tu
dowiaduję się, że jednym z elementów treningu jest 40 Double Unders. Cztery
serie po 40.
160 skakanek? Do jutra tyle nie zrobię -
po czym dowiaduję się, że dla tych, który robią "Single",
czyli klasyczną, pojedynczą skakankę, mnożnik wynosi 4.
Cztery raz sto sześćdziesiąt skakanek.
640 sztuk.
Nie - w - tym - kurwa - życiu.
Zaczynamy trening, biorę skakankę. Ciułam po 2-3 podskoki.
Inni zaczynają już drugie powtórzenie całego setu a ja dalej dłubię, ale już po
6, po 8, czasem nawet jakaś dycha wpadnie... Mija założony czas a ja ledwie
skakanki zrobiłem. Z jednej strony złość, bo to raptem 1/3 treningu, z drugiej
zaś duma urywa łeb, bo jednak zrobiłem te cholerne 640 skakanek. Zrobiłem coś,
co wydawało mi się niemożliwe do zrobienia.
Zrobiłem bo musiałem. Po prostu.
Zasadnicza "mentalna" różnica pomiędzy CF a
bieganiem polega u mnie na tym, że biegam tak, jak mogę a na CF robię rzeczy
niemożliwe. Może to kwestia psychicznej konstrukcji, ale wybiegając nie umiem
zmusić się do przekroczenia granicy rozsądku, cały czas poruszam się po
marginesie bezpieczeństwa. Na crossFicie wychodzę poza ten margines już na
rozgrzewce a potem robię rzeczy coraz bardziej i bardziej absurdalne. Gdybym
miał zrobić to sam - nawet bym o tym nie pomyślał, zaś ćwicząc w grupie robię
to z przyjemnością.
O ile doświadczenia biegowe niespecjalnie pomagają przy
crossFicie o tyle doświadczenia z crossFitu bardzo pomagają w bieganiu.
Podstawową zmianą jest odważniejsze wychodzenie poza margines bezpieczeństwa.
Ostatnie zmiany w życiówce na dychę (raz urwałem 1,5 minuty, drugi raz minutę)
to ewidentne pokłosie crossFitowej ekstremy. Przekroczywszy raz i drugi
granicę, która wydawała się tak odległa, że człowiek nawet o niej nie myślał
(skakanka pompki na rękach) coraz odważniej poczynam sobie przy bieganiu, coraz
wcześniej i coraz mocniej dociskam; coraz mniej się boję, że dojdę do punktu,
za którym spuchnę. Dojdę? Spuchnę? No to trudno, najwyżej. A jeśli nie spuchnę?
Jest tylko jeden sposób, aby sie przekonać... Poza tym, ojciec, skoro robisz te
cholerne sześćset skakanek, to co to jest dla ciebie docisnąć do 5min/km?
Na koniec pozostaje jeszcze kwestia nagrody.
Ponieważ każdy trening CF skonstruowany jest tak, by był doświadczeniem
krańcowym, za każdym razem jest okazja do przesunięcia granicy a co za tym
idzie - endorfinowego deseru. Bieganie, z racji tego, że odbywa się na
marginesie bezpieczeństwa, nie daje mi tej nagrody tak często - bo w końcu nie
co dzień robi się życiówki - tymczasem crossFit proponuje mi ten deser
codziennie.
Muszę sobie tyko na niego zapracować ;)